Marzenie

Jednemu marzy się kariera
Innemu konto pełne w banku
Politykowi funkcja premiera
Dziecięciu radość o poranku

Dziewczynie suknia ślubna, biała
Taternikowi szczyty gór
Artyście sztuka doskonała
Astrologowi niebo bez chmur

Mnie przyziemne pragnienie toczy
Z tego powodu po nocach szlocham
Ja chciałbym tylko spojrzeć w Twe oczy
I móc powiedzieć jak bardzo kocham.



Sen

Zabiorę Cię w sen mój głęboki
Gdzie wszystko zdarzyć się może
Gdzie marzeń suną obłoki
Gdzie szczęścia palą się zorze

W śnie mogę Cię nosić na rękach
I z kwiatów szyć suknie dla Ciebie
A w nostalgicznych piosenkach
Malować Twe imię na niebie

Tam łożę Ci z westchnień uścielę
Smutek na radość wymienię
Dzień szary przekształcę w niedziele
I Twoim stanę się cieniem

Symfonią będę Cię pieścił
Całował usta, powieki
I miejsca gdzie amor umieścił
miłość
Sen ten niech trwa na wieki



Czas

Czas matematyk liczy dni
Kolejne mnoży lata
Nawet na jawie mu się śni
Ze jest wszechwładcą świata

Na wszystko jednak nie starczy mu sił
W zetknięciu z życia bazarem
Wśród uczuć, zdarzeń i brył
Jest tylko kolejnym wymiarem

Nieświadom jest tego ten ścisłowiec
Że życie być może słodyczą
Jak poetycko pachnie jałowiec
I że szczęśliwi czasu nie liczą



Czat

Czat -komputerowy narkotyk
Monitora tafla szklana Klawiatury zimny dotyk
Gdzieś tam 'Ona" ,nieznana
Nick ciekawy być musi Obok papieros i kawa
Może któryś się skusi Dla niej to nie zabawa
Tak wielu czatuje
I starsi i młodzi Każdy próbuje
Nie każdemu wychodzi.



Znowu czat

Rozmowa banalna
Frazesy ,półsłówka
Gra wirtualna
Wyobraźni krzyżówka

Pytanie odpowiedź
Zaczepne słowa
Czasami spowiedź
Łatwa anonimowa

To wsysa każdego
Niezależnie od wieku
Szukasz tego drugiego
Gdzie jesteś "człowieku"?



Po rozmowie na czacie

Tam gdzie Wars z Sawą spletli ramiona
Tam gzie król Zygmunt siadał na tronie
Tam ulicami przechadza się "Ona"
Tam stopy jej pieszczą warszawskie błonie
Urodą jej dziennie się cieszą Aleje
Na dotyk jej czeka Starówka
Park Łazienkowski doń ciągle się śmieje
A ptaki w nim, czułe jej szepczą słówka.
Chopin nokturny jej śle z pomnika
I czuwa nad nią żołnierz nieznany
Podwórek warszawskich ją koi muzyka
W świat sztuki ją wiozą Zachęty rydwany
Nie znam jej fakt ,jest wirtualna
Lecz w słowach jej od wczoraj się pławię
Chcę by tu była ,piękna ,realna
Psia krew! Cholera! Zazdroszczę Warszawie.



Śniadanie

Rozsmarowuję Cię z masłem na chlebie
Wdycham z zapachem miodu i mleka
Obok zastawa stoi dla Ciebie.
I świeże pieczywo w koszyczku czeka.

Tak jest codziennie, cholera mnie bierze
I chyba zacznę chodzić po ścianie
Zmywam nietknięte Twą dłonią talerze
Znowu samotne śniadanie.



Mufka

Dłoń z mufki zimy wyjęła
Twarz wystawiła do słońca
W życie się moje wśliznęła
Wiosną pięknie pachnąca

Delikatnymi przeszła kroczkami
Przez duszy zawiłości
I wystukała obcasami
Radosny rytm nowej miłości



"Dezyderat"

Wychodzisz spod prysznica
W jedwabie otulona
Potem jak gąsienica
Wychylasz się z kokona

Motyle rozkładasz ramiona
Czekając na swego Romea
Miłością odurzona
Szombergia paradisea

Tak piękne motyle, dlaczego?
Znowu złość we mnie wzbiera,
Zawsze w domu innego
Znajdują się kolekcjonera.



Poezja

Nie szukaj poezji w poezji,
To obcy sen i marzenie
Nie szukaj jej w szyszkach daglezji
Tam tylko flory nasienie

Poezja jest Tobą - Kochana
Zaklęta w uczuć korale
I tylko Tobie jest znana
Gdzie indziej nie szukaj jej wcale




Rozstania!

Rozstania przyczyn może być wiele
Niezgodność charakterów, obojętne niedziele
Czasami zazdrość również nieuzasadniona
Czasami On nie chce ustąpić, czasem Ona
Niebagatelną rolę gra mamona
Najgorzej jak wyższe zarobki ma żona



Usiadł smutasek przy telefonie
Numer wystukała znany
Jej słodka buźka cała w łzach tonie
Telefon milczy nie odebrany

Kolejna zalewa ja łez fala
Ona wykręca numer uparcie
Musi usłyszeć ten głos co zniewala
On uspokoi wewnętrzne rozdarcie

Odebrał. Słuchawka w dłoni zadrżała
Szepnęła , przepraszam, że szlocham
Odpowiedział, uśmiechnij się mała
I uwierz , że bardzo Cię kocham



Dziękuję

Za to, że wyszłaś z morskiej piany
Za to ,że mogłem doznać nirwany
Dziękuję
Za sny o Tobie nierealne
Za te rozmowy wirtualne
Dziękuję
Za to ,że budzę się co rana
Z myślą o Tobie i słowem kochana
Dziękuję
Za dni bez Ciebie lecz z Twoim imieniem
Za to ,że stałaś się moim natchnieniem
Dziękuję
Za radość jutra co tchnie nadzieją
Za rymy które do Cię się śmieją
Dziękuję
Za ból który niesie niespełnienie
Za wspólną codzienność przekutą w marzenie
Dziękuję
Za to ,że jesteś za wszystko dziękuję
Nie moja ,nie dla mnie lecz nie rezygnuję



Proszę Cię
Bądź moją wiosną ,latem ,jesienią
Zimą kwiatami co pod śniegiem drzemią
Proszę Cię
Zostań moim westchnieniem
Kroplą tęsknoty i uniesieniem
Proszę Cię
Bądź Tą co życie słodzi
I kołysanką gdy noc nadchodzi
Proszę Cię
Bądź nie znikaj i trwaj
Daj szarość dnia i słońce daj
Proszę Cię
Sprzeczaj się zemną i kłóć
Przeklinaj, porzucaj ,przebacz i wróć
Proszę Cię
Weź mą miłość w ofierze
Tak całkiem zwyczajnie jak chleb się bierze
Proszę Cię
I oto do Boga modlitwy też wznoszę
Jeżeli możesz? Pokochaj proszę!



Przepraszam Cię

Za odległość która nas dzieli
Za brak wspólnej choć jednej niedzieli
Przepraszam Cię
Za rozmowy nie dokończone
Za uściski wciąż niespełnione
Przepraszam Cię
Za samotnie jedzone obiady
Za te wiersze chowane w szuflady
Przepraszam Cię
Za bezsenne noce przy winie
Za tęsknotę która nie minie
Przepraszam Cię
Za ten patos w listach do Ciebie
Za brak znaków nadziei na niebie
Przepraszam Cię
Za niepewność czy się w usta Twe wpiję
Za wszystko przepraszam lecz kocham ,tym żyję




Kominek w Krynicy

Tam gdzie brzmią ciągle pieśni Kiepury
Gdzie Nikifora szklane pejzaże
Tam z jej pięknością konkurują góry
To o niej ciągle przy kominku marzę

Za blask Twoich oczu i ciepło dłoni
Za, zimą serca Twego, powiew lata
Za uśmiech godny kwitnących jabłoni
Oddałbym wszystkie kominki świata



Kolejny czat

Był czat jeden ,drugi ,trzeci
Potem emaile i telefony
Ona samotna ale ma dzieci
On sfrustrowany bo rozwiedziony

Na czacie mogli anonimowo
O wszystkim gadać swobodnie
Ona, że życie chce zacząć na nowo
On zaś ,że bez "Niej" jest niewygodnie

Tak kilka tygodni siedzieli
Co dziennie non stop ,bez przerwy
Już prawie wszystko o sobie wiedzieli
Aż kiedyś zabrakło im werwy

I co właściwie z tego wynika?
Rozmowy już nie toczą się żywo
Ona znalazła nowego nicka
A On zaś poszedł na piwo



Wiosna

Świat zawibrował tonami wiosny
Melodią nadziei spłynęły kolory
Zieleń trel marzeń wyśpiewuje radosny
Na pięciolinii słońca złoto kreśli wzory

Budzące się twarze uczuć nucą cichutko
beżowe nokturny , srebrne serenady
Dziewczęce myśli trącają leciutko
miłosne struny duszy-sercowe cykady

Wplatają się w nasze dłonie
Baziowe batuty śpiewności
I tylko tę doskonałą harmonię
Zakłóca szara nutka samotności



Wizyta

Muza Euterpe przekroczyła mój próg
Eteryczna, liryczna na wskroś
Rzuciłem się z piórem do jej nóg
I zacząłem tworzyć to coś
Właśnie właściwe dobrałem słowa
I chciałem podziękować jej za to
Lecz wszystko zacząć musiałem od nowa
Bo obok mnie stanęła Erato
Zadrżałem od miłosnego natchnienia
Pióro już pierwszą stawiało synkopę
Gdy nagle wychłynęła z cienia
Muza podań i mitów Kaliope
Moje natchnienie w wir wpadło taneczny
Myślałem, że jaźń moja jest chora
Lecz stan ten nie był wcale niebezpieczny
Po prostu na lirze grała Terpsychora
Rozkojarzenie sięgało zenitu
Sytuacja wręcz komiczna się stała
Lecz przyczyna krążyła koło sufitu
Przed nosem mi Talia swą maską machała
Działo się coś nie do określenia
Czułem ,że na mnie nowa spłynie wena
Dramaty mam pisać! doznałem olśnienia
To mi nasunęła wchodząca Melpomena
Polihymnia w kąciku do łez się śmiała
Widząc moją cyrkową twarzy mimikę
Szepcząc w ucho Klio by wszystko spisała
Tę historię poety wciągnęła w kronikę
Szczerze zmęczyła mnie muz wizyta
Dość miąłem sugestii i nagabywania
Dosiadłem pegaza, ruszyłem z kopyta
Co jeszcze mnie czeka? może powie Urania.



Wirus

Głowi się wszelki świat naukowy
Bo opanował cały glob
Wirus niezwykły, zupełnie nowy
A plagi takiej nie przeżył Hiob

Ten wirus atakuje wyłącznie ludzi
Szczególnie zaraża młode osobniki
Na próżno farmacja się trudzi
W leczeniu negatywne ciągle są wyniki

Dziwne są skutki działania wirusa
Jednym nerwowy system psuje
Innym sercowego robi psikusa
A jeszcze innym karierę rujnuje

Z medycyny nie trzeba powtórki
Choć wirus jest nieznany
Działa normalnie przez komórki
SMS em został nazwany



Co dalej?

I znowu piątek, długie popołudnie
Potem sobota, kolejna niedziela
Miłego weekendu życzą mi obłudnie
A mnie krew zalewa i bierze cholera

Wychodzę z biura, tygodniem styrany
Kupuję dzienniki i tygodniówki
Czekają na mnie tylko puste ściany
I nie rozwiązane hasła krzyżówki

Wieczorem TV i lampka wina
Wątki, fabuły nieuważnie śledzone
W nocy snów błędnych plątanina
Rano twarz szara i oczy zmęczone

Sobota już jest nie strawna w ogóle
Za oknem widzę wesołe twarze
Ja nieudolnie prasuję koszule
O nierealnej z "Nią" randce marzę

Niedziela jak poprzednie dni
I tak kolejno rok za rokiem
Nawet na jawie już "Ona" się śni
Samotność zaś psiakrew wychodzi mi bokiem



I m i ę

Znam tylko Twoje imię,

ale czuję się jego wyłącznym właścicielem

Bawię się nim modelując

na wszystkie możliwe sposoby

Wkomponowuję je w piosenki

Zamalowuję kolorami

Głaszczę i pieszczę myślami

Zawsze je nosze przy sobie

Ono jest zemną wszędzie

Chronię je też przed agresywnością innych imion

Ogrzewam je uczuciami i piszę o nim wiersze

Jest moją relikwią i świętością

I modlę się wciąż, by ciałem się stało



Naucz mnie !

Naucz mnie śmiać się radośnie
I kochać mnie naucz na nowo
Daj szansę mnie i wiośnie
Pomaluj świat na różowo

Naucz mnie grać w zielone
Z mych oczu wyciśnij szczęścia łzy
Sny zamień w marzenia spełnione
Otul świat w pieszczot mchy i bzy

Naucz mnie żyć we dwoje
Zaraź uczuć wirusem
Przekroczę Twej szkoły podwoje
I stanę się jej prymusem



Internautka

Wymarzona internautko wirtualna
Zjawiłaś się na ekranie któregoś piątku
Czat, gg , rozmowa banalna
Zdania rwane bez ciągłości wątku

Wymiana emaili, może Ona napisze
Kolejne na czacie umówione spotkanie
Bezmyślnie naciskam nieaktywne klawisze
Jeszcze kilka godzin ,przeklęte czekanie

Takich spotkań w sieci było kilka
Aż dnia pewnego coś zaiskrzyło
Spędzane z nią godziny ,to tylko chwilka
I dziękuje losowi ,że to się zdarzyło

Integralną się stałem częścią komputera
Ona po programach mych uczuć buszuje
Zawsze kody dostępu trafnie dobiera
Niekompatybilne zdarzenia resetuje

Wręcz czuję jej palce na klawiaturze
I na dysku serce bijące płomiennie
Kiedyś compakt w nagrywarkę zanurzę
Odtworzę jej miłość i zaloguję we mnie



Czterdziesty list

Czterdzieści obrazów miłości
Czterdzieści westchnień odcieni
Czterdzieści łez radości
I uczuć czterdzieści płomieni

W czterdziestu listach zawarte
Wiara, nadzieja , oddanie
To nie commedia dell arte
To szczęśliwego jutra zaranie



Alegoria!

Rozgoryczona niedawnym rozstaniem
Czując na ciele jeszcze jego dłonie
Tonąca w łzach i zmęczona łkaniem
Krzyczała wróć w samotności kanionie

Myśl uparta i nieposkromiona
Prężyła jej piersi piramidy
Dumne godne pieszczot faraona
Przed "nim" niechronione tarczą egidy

Namiętny zefir podniecenia
Rozkosznie gładził ud aksamit
I jak gdyby od niechcenia
Łagodnie muskał szczyty piramid

Na pustyni łona oazę miłości
Wspomnienie dotyku pielęgnuje
Kolejną ekstazę namiętnej czułości
W pieśń uniesienia komponuje

Przymknęła powieki, tak trwa, gorąca
Sprzeczności walczą w wewnętrznych targach
W mgle się rozpływa jego twarz znikająca
Choć słowo kocham się skrapla na wargach



Pracowity Maj

Dziś słońce stanęło wysoko
Zaśmiał się maj radośnie
Wiośnie perskie puścił oko
I uruchomił ptasią rozgłośnię

W dłonie kwitnącej flory
Włożył pędzli dwa tuziny
W palecie uzupełnił kolory
Rozpostarł mgieł rannych muśliny

Potem z wiatrem rzeczowo pogadał
By ten chmury burzowe rozwiewał
I do deszczu telegram nadał
By regularnie kwiaty podlewał

Miłosne rozdzielał dary
Serca w gorących uczuciach maczał
I zakochane pary
Skrzydłami szczęścia otaczał




Marzenie smakosza!

Śniadanie lekkie, dżem pomyślności
Rozsmarowany na kromeczce błękitu
Do tego ciasteczko słonecznej radości
I kubek ożywczej rosy świtu

Drugie śniadanie-sukcesu okruszki
Herbatka z nadziei liści
Albo owoce-przemyśleń gruszki
Lub uśmiechów dziewczęcych kilka kiści

Na obiad oczywiście solidne dania
Przystawki uczuć ,z zadowolenia pieczyste
Pasty, sałatki z wykwintności lazania
I desery rozkoszy soczyste

Do kolacji szczególne mam skłonności
Miłość na gorąco w romantycznej śmietanie
Usta nasączone likierem namiętności
I ekstaza podana w francuskim szampanie

Ale niestety na ziemię zejść trzeba
Dziś do żarcia kaszanka i kęs suchego chleba



Spragniona

W deszczu pieszczot skąpana
Okryta tylko nagością
Ustami o smaku szampana
Bawiła się miłością

W uniesień kolejne fazy
Zachłannie się wtapiała
Smak nieprzerwanej ekstazy
Na zawsze zatrzymać chciała

Brzask jej powieki rozchylił
Podrzucił słoneczne promienie
Amor żałośnie zakwilił
Prysnęło senne marzenie



Ale Cyrk!

Jeśli szeroko otworzysz oczy
Uśmiejesz się szalenie
Bo niewątpliwie Cię zaskoczy
Fakt-na cyrkowej jesteś arenie

Politycy na linie balansują
Bankowcy finansowe robią akrobacje
Posłowie ustawami żonglują
Związkowcy kolorowe tworzą dekoracje

W klatkach elity ,lwy salonowe
Wokół pajace i kolombiny
W kręgach biznesu rumaki rasowe
I kundle tańczące w rytm mandoliny

Magią finansiści się parają
Manipulując PITami ,przekładając do koszy
Potrafią z tych co nic nie mają
Wycisnąć jeszcze parę groszy

Wszędzie kuglarze i treserzy
Z narodem wyprawiają cuda
Każdy w gromkie oklaski mierzy
Bo pewny ,że sztuczka się uda

Wśród szarej publiczności
Poruszam się ruchami Browna
Kryjąc starannie grymas bezsilności
Pod roześmianą maską klowna



One Trzy

Dylemat mam niemały
Umówiłem się na spotkanie
Jak? Wybrnąć z tej kabały
Bo przyjdą na nie trzy panie

Anna puszek czułości
Agnieszka niebanalna
Maria w odcieniach rudości
I każda taka realna

Z Anną rozmowa przy kawie
Z Marią nocy szaleństwa
Z Agnieszką śniadanie na trawie
Chyba wystarczy mi męstwa

Kogoś tknie oburzenie
Na co pozwala On sobie?
Lecz proste jest wyjaśnienie
Wszystkie są w jednej osobie



Dylemat

Brygadzisty ręce co wprawnie wpychają
Stalowe pręty w hutnicze walce
Dzisiaj na hałdach złom zbierają
Przeszłości rdzą raniąc fachowe palce

Sztygar co nosił pióropusz biały
Z kamratem buduje kopalnię na niby
Goryczy mole żrą mundur wspaniały
Jutro mu tworzą bieda szyby

Ślusarz, elektryk ,stoczniowiec
Chciał dobrze ,na przeszłość pluje
Każdy światowej klasy fachowiec
Dziś papierowe statki woduje

Jeszcze jest jutro mówią niektórzy
I słońce znowu zaświeci
Bo ponoć słońce wschodzi po burzy
W to wierzą już tylko dzieci



Słońce w rozterce

Pozazdrościło jej słońce urody
Więc promieniami próbowało
Nie bacząc na chmury i przeszkody
Spalić to kształtne, śliczne ciało

Bezczelnie opalało skórę
W sosie też własnym gotowało
Na próżno zwalczało naturę
W niej wszystko na przekór piękniało

Zły Helios ją zaklął w hebanie
Lecz marne jego wyniki
Ten kolor to dla niej wyzwanie
Więc się ubiera w słoneczniki



Na redzie życia

Rozmawia z morzem tworząc poezję
Mewy karmi wspomnieniami
W falę wplata miłości finezję
Snując mgłę marzeń nad wydmami

Co wieczór w bryzę otulona
Samotnie przemierza plażę
Niosąc w dłoniach tęsknoty grona
Za nadzieję Posejdonowi w darze



Tawerna "Pod Albatrosem"

Znów wieczór w "Albatrosie"
Butelka rumu, kompania szemrana
Nowy tatuaż na moim torsie
Kotwica, serce, strzała złamana

Jutro cumy zostaną rzucone
Wypłynę na oceany spełnienia
Wiatr na wantach zagra kanconę
Żagle wypełnią marzenia



Elf

W głębi leśnej krainy
Nie to nie są mity
W ciele pięknej dziewczyny
Mieszka Elf pracowity

Zadań ma Elfik bez liku
Zielenią nasycić liście
Wygładzić mchy w zagajniku
Żołędzie zebrać w kiście

Wieczorem lekcja muzyki
Żabki uczy rechotać
Nocą zapala świetliki
Mokradła mgłą musi omotać

Zmęczony zjada szybciutko
Liść pełen leśnych łakoci
Potem zasypia króciutko
W bieliźnie z kwiatu paproci

Chciałbym pobyć z nim chwilkę
Nawet wiem gdzie on mieszka
Lecz prawdy znam odrobinkę
Elf ma na imię Agnieszka



Azyl

W leśnej się głuszy zaszyła
W poziomkowych się kąpie rosach
Smutku sukienkę z siebie zrzuciła
Przeszłość schowała we wrzosach

Głaszcze brzozy w bielutkich sukienkach
Wierzbom gałązki czesze starannie
Kwiaty polne kołysze na rękach
Nisko się kłania Dziewannie

Do szyszek uśmiecha się czule
Radość znajduje w nasionkach
Z babiego lata tka koszule
I trawom rozdaje na łąkach

Przez pola, dąbrowy jej miłość się snuje
Przecież prawdziwa to leśna panienka
Do zupełnego jej szczęścia brakuje
By On powiedział-kocham Cię maleńka



Czy mogę Panią Prosić?

Na Falach Dunaju Tyś we mnie wpłynęła
W Twych włosach upojny walc szalał
Na wargach Wiedeńska Krew błysnęła
A Straussa duch w utwór kolejny to scalał

Zawładnęły mną takty na trzy czwarte
Wirującą ich jesteś ich ozdobą
Wszystko na jedną stawiam kartę
Muszę zatańczyć z Tobą



D l a C i e b i e

Jest takie miasteczko małe

W którym wszystko jest wspaniałe

Budynki maja wesołe kolory

Gazony tworzą wymyślne wzory

Uśmiech z twarzy mieszkańców nie schodzi

Tam starcy czują się wiecznie młodzi

Tanecznym krokiem chodzą dziewczęta

Każda skrzydłem amora muśnięta

Tam pieśni szczęścia wodzą prym

Gdzie miłość i radość tworzą rym

Króluje tam wiosna wiecznie zielona

" Ono" istnieje i w nim mieszka ONA



Szept

Drzewa szepczą radością zieloną
W złotym szepcie śle słońce promienie
Pustka, szeptu otula zasłoną
Dręczą szepczące uczuć cienie

W szepcie miłość ból swój zawarła
Piękna, czuła i niespełniona
Na brzegu ust w słowie kocham zamarła
Chcąc szept serca wtulić w jego ramiona



To się zdarzyło!

Krzywa dworcowa ławeczka
Smutna, na końcu peronu
Była świadkiem jak uczuć niteczka
Z ich pragnień się wysnuła kokonu

Widziała jak im nadzieja błysnęła
Choć w różne odjeżdżali strony
Oni wrócą, głośno krzyknęła
Nie przenoście mnie na inne perony



Ewa

Z żebra Adama stworzona
Piękna, kusząca, miła
W węża splotach tulona
Raj dla miłości rzuciła

Tylko w nagość ubrana
Przemyka się przez wieki
Sączy grzech jak szampana
Filuternie przymyka powieki

Zmienia twarze, imiona
Dnie zamienia na noce
W męskie wpadając ramiona
Rajskie rozdaje owoce

Jest dla malarza paletą
I weną jest dla poety
Miłością jest i podnietą
Cóż wart byłby świat bez kobiety



Niby taki sobie nick

Zbędne malarza pędzle i oko
Na próżno rymów szuka poeta
By w piękno Mazowsza wniknąć głęboko
Nie starcza słów, za uboga paleta

Jest ktoś, kto blaski Mazowsza przyćmiewa
Wpleciona w wierzby, zielone poletka
Wisła dla niej srebrzyście śpiewa
To wirtualna "miła kobietka"



Rada dla niej

Budzisz się niespełniona
Tęsknoty smak ma śniadanie
Miłość głęboko zraniona
To obiadowe Twe danie

Przed sobą masz jeszcze kolację
Choć żyjesz między jawą a snem
Namiętności przywdziej kreację
Pozwól się kochać, carpe diem



Chce trzymać Cię za ręce
Czuć ciepło Twych dłoni
Całować jak w piosence
Wśród kwiatów jabłoni

Z wiatrem pójść w zawody
W Twych włosów kosmykach
Stać się kropla wody
W chłodzących Cię strumykach

Chciałbym pod Twą nóżką
Trawą być zieloną
I nocą poduszką
W Twoją twarz wtuloną

Brać z tęczy kobierca
Szczęścia nić, o świcie
I na tacy serca
Dać Ci piękne życie



Zafascynowana kiedyś synem Apollina
Odrzuciła raj i jabłko, wybrała węża,
Laskę podróżną, czarę leczącego wina
I Asklepiosa opatrznościowego męża

Synom Eskulapa dorównuje biegłością
Lecz dylemat ciągle ma nie rozwiązany
Jak leczyć choroby wywołane miłością
I czym zasklepiać niespełnienia rany.



Tylko my wiemy gdzie!

Jest takie miejsce w kraju
Dotknięte Twoimi stopami
Gdzie czas zamknął się w maju
A kwiaty się pieści ustami.

Tam rosa kroplami dzwoni
I trawy zielenią tryskają
Prosząc o dotyk Twych dłoni
Które im miłość dają.

Chciałbym być rosą o świcie
Na stopach Twoich skraplaną
Kąkolem i trawą w życie
Dłonią Twoją zerwaną



Przesypywane w klepsydrze miłości
Ziarenka dotyków, szeptów i wyznań
Odmierzają przemijanie
Pozostawiając osad wspomnień
Znów nadszedł radosny czas
Odwrócenia klepsydry



Tłumy rozdeptanych pantofli
człapią po trotuarach.
Szuranie ich posuwistych kroków
otępia wprawiając jednocześnie
w deliryczne wibracje
zmysły
i jak mam ich kochać?



W wielkim Mieście!

Owijam swą jaźń
w gazetowe artykuły
Rozbijam wzrok o billboardy.
Zgrzyt tramwajowych hamulców.
Wokół
strzępy rozmów komórkowych,
szare twarze,
twarze w grymasach,
twarze bez twarzy,
a ja chcę kochać



Jest tylko jedno takie słowo!

Mej duszy rozświetliło mroki
Od serca odbiło się echem
W labirynt uczuć wplątało głęboki
Zakwitło na ustach szczęścia oddechem

Wiem co czuł Orfeusz i Eurydyka
Nad Romeem i Julią już nie szlocham
Dreszcz namiętności mnie przenika
Gdy Ona czule mówi kocham



Rozdarte niebo
gromem miłości
raziło grzesznika
obmywając jego duszę
oczyszczającą ulewą wybaczenia
zbrukana dusza
już nie śpiewa
agonalnie rzęzi w rynsztoku
do którego spłynęła
wraz z potokiem łez



Żyję
pod kloszem pustki
wokół
mrówki człekopodobne
wznoszą
betonowe
kopce dobrobytu
pod moim kloszem
jest więcej światła



Na ten koncert czekała drżąca
Wirtuoz był nieznany
Pożądaniem zachłannym płonąca
Świątyni duszy stroiła organy

Stanęła przed nim pełna symfonii
Czułym spokojem on ją zaskoczył
Na strunach doznań poczuła artyzm dłoni
I świat erotycznych ją ballad otoczył

Koncert mszą stał się błogosławioną
By trwał wiecznie wciąż się modliła
Muzyk obdarzył ją szczęścia koroną
Więc na miłości ołtarzu ciało złożyła



Zamiast Kołysanki

W zajezdni usnęły zmęczone tramwaje
Latarnie świecące zmrużyły oczy
Noc sny kolorowe z wdziękiem rozdaje
A ulicami strażnik czas kroczy

Księżyc choć nocnym jest turystą
Do gwiazdki perskie puścił oko
Twarz wtulił w chmurkę puszystą
Ziewnął przeciągle i zasnął głęboko

Ona wciąż marzy zasnąć nie może
Czułością kochanka jeszcze się wzrusza
Najchętniej by z nim dzieliła łoże
Uparcie odtrąca objęcia Morfeusza



Dzień wyjątkowy, uśmiechów kaskady
Kwiaty, drobiazgi, gorące życzenia
Wszędzie serca, na dłoni i z czekolady
Eksplozje miłości i uniesienia

Każdy na swoje serduszko czeka
Sam wysyłając amora strzały
Bo gdzieś ta druga połówka człowieka
Też pragnie by się dopasowały

By pomóc wszystkim serduszkom zbłąkanym
Sprawy w swe ręce wziął pewien święty
Patronem nad każdym zakochanym
Został niejaki święty Walenty

Modły w dniu tym wznoszę do niego
I padam przed nim na kolana
By za mną się wstawił u Najwyższego
By mnie kochała moja kochana


Zraniona miłością!

Ucieka w siebie, skulona
Z łez tworzy wody płodowe
Bezpieczna w pozycji embriona
Na narodziny czeka nowe



Walentynki

Kwiecień pisanki ma i zajączki
Grudzień świąteczne stroi choinki
Karnawał kończą tłuste pączki
Luty rozdaje walentynki

Życzenia wszystkim składamy w święta
Ciepłe, serdeczne, ujmujące
Zaś w walentynki, każdy pamięta
Swoim kochanym dać serce gorące

Pozwól do Ciebie wyciągnąć dłonie
W które złożyłem me serce i marzę
Trwając w pełnym szacunku ukłonie
Byś je przyjęła ode mnie w darze



Bardzo dojrzali Herosi!

W objęciach pięknej kobiety
Krew tylko pozornie w nich wrze
Wyłącznie ślinę łykają niestety
I na wstępnej kończą grze



Nowy dzień
serwuje niedojedzone dania
spraw zaległych
Pokryte pleśnią
sprawy niedokończone
Skarłowaciale
nieodwzajemnione uczucia
W jelitach wspomnień
nie strawione klęski
Myśli zakrzepłe w bezsilności
obstrukcja aktywności
Modlę się
o oczyszczenie



Jeszcze czuje
jego ramiona
opleciona namiętnością.
Nie mija upajające
drżenie ud
Westchnienia szepczą czule.
Wsłuchana w echo jego słów
trwa w dniu wczorajszym
przepełniona erotycznym
oczekiwaniem.
On wróci.



Słuchałem trąbki Armstronga
Jej dźwięk dzisiaj był inny.
Czyste tony z wirtuozerią
splatały warkocze standardów.
Blues był wyjątkowo bluesowy.
Serce zsynchronizowało z nim
swój rytm.
W tle wyczuwałem
bicie drugiego serca
w tym samym rytmie.
Serca zaczęły bić coraz szybciej
i coraz mocniej.
Zdominowały dźwięki trąbki.
Pozostał blues i Ona.
Jazz miłości.



Przytłaczają mój świat
ciemne chmury beznadziei
pragnę by z nich spłynęła radość.
niestety nie jestem
zaklinaczem deszczu



Rzucone przed siebie słowa
wracają kamieniem twardym
trafiając w skroń wspomnień.
Z rozerwanych żył
sączą się minione
gorzkie zdarzenia
wypatrzone czasem
i myślą piękną.
Nie rzucaj słów na wiatr.



Szlachetny Striptiz

Odrzuć welon smutku
Podrzyj żalów koszulę
Spal szaty zwątpienia
Kochaj
Miłość nie boi się nagości



Jestem krezusem!
Los podarował mi
nasycony wszystkimi
barwami miłości
wielokaratowy diament szczęścia.
Przytłacza mnie
ten wspaniały ciężar.
Oszlifuję go
na wiele
radosnych brylancików.
Wtedy będę mógł się nim dzielić



Radosny pocałunek świtu
zwilża rosą nadziei
spragnione namiętności usta.
Przyjmuję go zachłannie
Znowu wierzę.



Ubrałem dzisiaj
świąteczną szatę
myśli splotłem
w warkocze poezji
Obułem ciepłe
kamasze radości
Tanecznym udałem
się krokiem
na spotkanie miłości.



Raju próg przekroczyła nieśmiało
Z drzewa jabłko zerwała
I swoje drżące nagie ciało
W ofierze z jabłkiem mu podała

On kochał ją zachłannie
Nie wypuszczając z rąk jej dłoni
Ich łoże umościł w dziewannie
Wśród wiecznie kwitnących jabłoni



Nowy dzień
serwuje niedojedzone dania
spraw zaległych
Pokryte pleśnią
sprawy niedokończone
Skarłowaciale
nieodwzajemnione uczucia
W jelitach wspomnień
nie strawione klęski
Myśli zakrzepłe w bezsilności
obstrukcja aktywności
Modlę się
o oczyszczenie



Zraszając twarz
łzami nie odwzajemnienia
zakwitła
miłością spóźnioną
W radosnej samotności
ustami pieściła
słowa
jego wierszy



Zamawiam Budzenie

Pieszczotliwy szept
wpleciony w sen poranny
i dotyk rajskim
skażony owocem
szczęście uchwycone
miedzy
jawą, a snem
w dzień wkroczyć z
tobą na ustach



Byt

Niosąca na swym grzbiecie
oddech nieskończoności
nieujarzmiona
morska fala
muśnięta skrzydłem mewy
łagodnie wpłynęła na plażę
cofając się
zabrała z sobą
w nieśmiertelność
ślady mych stóp



W futerale nastroju
Wiwaldi
i świec
ciepły płomień
Wykwintność chwili
zaklęta
w sączonym winie
na jej palcu
brylant darowany
mieni się
blaskiem miłości
twarz zdobią
diamenty
łez szczęścia



Zabrzmiała pieśnią
wiosny w rozkwicie
Na orlich skrzydłach
wzniosła się wysoko
spontaniczna radość
Znalazłem sens
W spotkaniu
drugiego człowieka



Świat się zmienił
w wesołe miasteczko
Wokół twarze
strzelają uśmiechami
Karuzelowe kręgi zataczają
dzwoniące tramwaje
Kolorowe balony radości
wymykają się z dłoni
w błękit
niekwestionowanego szczęścia
To jeden z wielu
cudów wiosny



Nie przetrawione myśleniem
słowa
podchodzą
w odruchach wymiotnych
do gardła
dławią
uniemożliwiając swobodne
oddychanie
Zawarte w plwocinach
strzępy wyrazów
sylabami spadają
na papier
chcąc tworzyć poezje
bezsensu!



Wampirze
kły zazdrości
zatapia
w kochającym sercu
wysysając wierność
Zaborcza Miłość.



W sieć
ze słonecznych utkaną promieni
złowiła wiosna
ławicę radości.
Uśmiechy srebrzyste,
miłości embriony,
ptaki kolorów
papuzich
i jutra nabrzmiałe
nadzieją
Układa je odświętnie
w koszach
codzienności.
To dar dla lata.



Znów wiatr sypnął
w oczy
beznadzieją
Ostre odpryski
złych słów
ranią boleśnie
Broczę bezsilnością



Myśli młyńskim
ciążące kamieniem
wypowiedziane głosem
matowym
nie znajdują słuchacza
Wszechobecne zobojętnienie
tryumfuje kwitnącym
egoizmem.



Biblioteka pamięci

Na półkach
wiersze wzruszające
w kwiecistych obwolutach
uniesień,
zebrane w tomiki
niezliczone ilości opowiadań
o ludziach spotkanych,
opasłe tomy słowników
słów:
niepotrzebnie powiedzianych
i słów nie powiedzianych,
miedzy woluminami
zdarzeń ciekawych
rękopisy
o sprawach niedokończonych,
kolorowe, oprawione
w wyobraźnię
albumy zdjęć
miejsc poznanych
Jedna półka jest pusta.
To miejsce
na wielotomową powieść
życia.
Piszę ją mozolnie.
Prawa autorskie ma
wydawnictwo
nostalgia.


Poplamiona, podarta
sukienka.
Oczy,
smutkiem błyszczące.
Usteczka ułożone
w podkówkę
i na policzkach
ścieżki łez.
Rączka malutka
do Ciebie wyciągnięta
prosi o miłość.
Nie żałuj chleba.



Jak można pisać
górnolotne słowa
w których zaklęte
myśli ponadczasowe
szermują
wątpliwym pięknem
gdy prawda bolesna
nie uwolniona.



Kasa, kasa, kasa
Ból głowy tępy
Kariera, kariera, kariera
Stres do potęgi entej
Pracocholizm
alienacja Heraklesa
Już nie ma
Romea i Julii


Prośba!

Zazdroszczę wiatrowi
gdy bawi się
Twoim warkoczem,
Płatkom śniegu
zazdroszczę,
które siadają na rzęsach
całując Twoje powieki,
i słowom pięknym
zazdroszczę,
że warg Twych dotykają.
W myśl się zamienię czułą.
Pozwól zamieszkać
w sobie.



11 marzec Roku 2004

Drżę
zbudzić się znowu trzeba
strachowi życia
spojrzeć w oczy
i walczyć
nikt nie przychyli nieba
cios niespodziewany
nie raz zamroczy
jak się zachłysnąć
pięknem świata
jak miłość czystą
ożywić
dziś znowu
musze zabić brata
i skrwawionymi rękami
objąć Twą kibić



Przywdzieję uśmiech
szczęśliwy.
Zdejmę buty
z betonu.
Za miasto pójdę boso.
Tam w ciszę traw
się wsłucham,
będę kaczeńcem
przez moment,
potem korą brzóz
zajaśnieję
i ziemi zjem
grudkę żyzną.
Odrodzę się
w jej zapachu.
Wrócę do miasta
autobusem,
a ludzie powiedzą
On żyje.



Nie potrafię zrozumieć wędkarzy
Którzy w deszczu, słońcu, o chłodzie
Wiedząc, że nic się nie zdarzy
Godzinami moczą kij w wodzie

Ja siedzę wygodnie w chacie
Drink, fajka o nic się nie głowię
Wędkę zarzucam na czacie
Z gwarancją, że zawsze coś złowię

Nie mija kilka chwilek
I już się jedna skusiła
Przynętę mam nick "Motylek"
Więc się na haczyk wbiła

Kołowrotek słów zakręciłem
Decyzja była szybka
W jej nick się oczami wpiłem
To była "Złota Rybka"

Tylko się role zmieniły
Ona nie wychodzi z cienia
A już nie mam siły
Spełniam jej wszystkie życzenia.



Golgota!

Znów się podniosła
skatowana dusza
przytłoczona
niespełnienia brzemieniem
biczowana
nadzieją złudną
uparcie kroczy
w jutro
by zawisnąć
spokojem
na krzyżu
miłości



Dostałem w darze
kwiat życia
Z pąku dzieciństwa
rozwinął się w
pąsową różę
miłości
Broni się
przed agresją świata
kolcami pokory
Kolejno jednak
opadają z niego
płatki uczuć
Jesiennieję więdnąc
Chciałbym zatrzymać
jego piękno


W naszego życia
ziemię żyzną
wetknę
ziarenka prawdy
uczucia będę siał
garściami
posadzę magnolie
tęsknoty
i wrażliwości kwiaty
spełnienia drzewa
będą ciężarne
owocami radości
szczepione oddaniem
krzewy
obrodzą malinowymi
pocałunkami
będę gorliwie
pracował
oblewając się
potem szczęścia
w Twoim
ogrodzie miłości



Znowu smutny
słoneczny ranek
W łazience brak
drugiej szczoteczki do zębów
i nakrycie jedno na stole
wyjść jak najszybciej
i wrócić jak najpóźniej
zdarta płyta
"Takie tango"
włącza się
automatycznie


Powiedziała
każesz mi
żyć
pragnąć
pożądać
kochać
Wyznanie to
dało mu klucz
do jutra
w którym droga
wytyczona jest
jej słowami


Oszołomiony
zapachem wiosny
poranny wietrzyk
delikatnie trąca
struny
budzących się traw
srebrną piosnką
unosi się wysoko
by nad miastami
przenieść
powracające żurawie
wesoło bawi się
baziowymi puszkami
i odpoczywa
we włosach
roześmianych dziewczyn
z uporem przegania
ostatnie zimowe chmury
Nadstawiam policzek
czekam
na pocałunek słońca


Krople łez
tęsknoty,
krople łez
radości,
krople łez
rozpaczy,
krople łez
szczęścia,
krople łez
miłości
drążą skałę
serca
pozostawiając
blizny wrażliwości



Nie przetrawione
kłamstwa,
zgnilizna
błędnych decyzji,
uczucia skalane,
składowane
na wysypisku
wspomnień
zatruwają
myśl nową
nie potrafię tego
zutylizować



Spłynęłaś na mnie
wspomnieniem
Zegary
bieg odwróciły
Otuliłem się gobelinem
tkanym
z piękna chwil
spędzonych razem
zapadłem w sen
marzeń
tak pragnę
zamienić wspomnienia
w jutro szczęśliwe.



Różowa landrynka,
czerwone latarnie
Ona tylko
w czerwoną ubrana
podwiązkę
uśmiech wymuszony
wątpliwą rozkoszą
przecina
łza matki



Majowym deszczem
nasyconym
miłości poezją
wiosna poi
tylko
artystów
i zakochanych
Pilnie studiuję
sztukę kochania



Ustawa - ochłap
Aport!
Krzyk polityków
Zryw po nierealne
w kagańcu prawa
Powrót na miejsce
z łbem spuszczonym
Wokół
świst
bicza kapitalizmu
Podkulasz ogon
Pieskie życie



Muśnij mnie
słowem
gestem
oddechem
Chcę wierzyć
że jestem
Obdarzyć
szczerym
uśmiechem



Mocna kawa,
papieros,
myśli rozchwiane
może napisze?
może zdarzy się coś?
kolejne chwile
marazmem
skalane
w apatię
zamienia się złość
modlitwa
nie koi
mimo że prawdę
znam
nie jestem
sam



Banalny skowronek
róża banalna
i księżyc banalnie
romantyczny
papierowe słowa
zamieniasz
w swych ustach
w życie
w którym banał
ma sens



Kogo zapytać?
Kto w życiu karty
rozdaje?
Kto miłość piękną
czyni?
Jak śmierć
pokochać?
Kto na pytanie Hamleta
odpowie?


Pamiętasz tylko
początek
lub koniec
święto
miłość pierwszą
i zdradę
szarych zdarzeń
melodii
nie słyszysz
niedokończone
umierają same
weselem hucznym
zaczynasz
nowe



Rzeka miłości
potknęła się na
złamanej skale
zwątpienia
runęła
wodospadem
mieszanych uczuć
rozbryzgując się
pyłem
znaków zapytania



Całuję jej
łzy
które spływają
smutkiem,
tęsknotą,
żalem,
Całuje jej
łzy
w których
błyszczy
radość,
miłość
i szczęście
Tak bardzo
chciałbym umieć
płakać



Znów biorę się
z losem za bary
już nie wiem
która to próba
myśl o Tobie
dodaje mi wiary
może ty razem
się uda
choć szanse
mam minimalne
bo los w rękawie
czarnego asa
chowa
kolejną bitwę
przegram
lecz nie powiem
ostatniego słowa



Moja dusza
wpadła
w dandyzm
chcąc
przypodobać się Tobie,
Ty wolałaś
ją nagą
od dziś
ubieram się
w prawdę



Wierny kundel
ciepłym i wilgotnym
językiem
pieścił z oddaniem
moje ucho
a oni
zazdrośnie mówią
"pies mu mordę
lizał"



Wypiłem truciznę
żalu
podaną mi
w pucharze
wypełnionym goryczą
niespełnienia
skręcała trzewia
powoli
doprowadzając
moje uczucia
do agonalnych konwulsji
mam do wykorzystanie
jeszcze jeden
oddech



Porąbałem marzenia
na szczapy smolne
rozpaliłem ognisko
z niepokoju
w nim spalę
wspomnienia złe,
dzisiejszy dzień
fatalny
i złudzeń
gałęzie kruche
Jak Feniks
odrodzi się z popiołów
jutro świetlane

Na szybach witryn
jej twarz
obłoki jej szkicują
sylwetkę
każda kobieta
tylko jej nosi imię
sen nią się
staje
nie budzisz się
z nadzieją
klątwa to
czy kochanie



Chciałem ból
wierszem ukoić
na słowie
złym
złamałem pióro
ja Ją kocham
miłość nie zna
pojęcia
dość



Już nie chcę
żyć ułudą
już nie chcę
nadziei pustej
obetnę dłoń
swoją
która się wyciąga
po uczuć
jałmużnę



Słowa już wszystkie napisane
Jedynie szyk zmieniają
Uczucia już wszystkie nazwane
Podobne do tych co umierają

Komu potrzebna poezja?
Ozdobnie ułożone słowa
Gdy toczy uczuć amnezja
I miłość nie rodzi się nowa



Byłaś?
Czy miraż
to był cudowny?
Otula mnie
mgła marzeń?
Czy włosy Twe
pieszczą mą twarz?
Czy sen to jawa?
Czy jawa to sen?
Czy żyję?
Czy już tylko
jestem
wspomnieniem?



Po co się
budzić?

Krzycząca, poranna
cisza
boleśnie świdruje
mózg.
Telefon
milczy też



Chciałem być
Jej oddechem
Orfeuszem
oddanym
zapachem uniesień
i laską
ślepca
Ona przeszła
przez moją miłość
wycierając w nią
zabłocone
kłamstwem
buciki



Chcę miłość
adoptować
osieroconą
przywrócić jej
wiarę
w ludzi
dziewczęce nadać
imię
i pójść
pod ramię
w życie
szczęśliwe



Chcę wdziać
szatę przebaczenia
ogolić się
zanucić bluesa
kwiatów
zrywać naręcza
rozdać je
twarzom smutnym
uczcić tym
chwilę
świętą
znowu słyszałem
jej głos



Niezaspokojone
pożądanie
zakwitło
modlitwą żarliwą
o spełnienie
w oczyszczającej
ofierze
oddania



Grymas
fałszywego żalu
skrzywione
kłamstwem usta
zmarszczki strachu
zdrady
twarz zdeformowana
obłudą
rozbijam gabinet
krzywych
luster
chcę zobaczyć
swe odbicie
w zwierciadle
miłości



Rozwiośniła się wiosna nareszcie
Lecz droczę się z nią od rana
Że widział ją ktoś w mieście
Jak biega w szarości ubrana

Że suknię ma w bure akcenty
Bez makijażu oczęta zmrużone
A przecież czas już jest święty
Z florą zagrać w zielone



Podnoszę słuchawkę
w niej głos
najdroższy
minorowymi nutkami
wyśpiewane słowa
łzy dławią
dusza zaś
do niej ulecieć
gotowa




Stan przed zawałowy!
Palpitacje
arytmia
zawroty głowy
przyczyna
serce
bardzo chore
bić chce tylko
dla Ciebie
samotne kona
odżyje gdy
weźmiesz je w dłonie
i przytulisz
do łona



Nie pomagają
wiosny zaloty
nie docierają
słoneczne promienie
do duszy
która
w ciemnym
niespełnienia
grobie
czeka na
zmartwychwstanie



Nie zamienię
łez
na złoty deszcz,
nie będę
z marzeń
budował pałaców,
podartych
butów
na rydwan
nie wymienię,
Oddam
darmo
bogate serce
miłości
spełnionej



Zachłysnąłem się
o świcie
błękitem
Myśl dziewicza
mną zawładnęła
gdyby tak
nowe zacząć
życie?
Wyprawię
pogrzeb
przeszłości umarłej
i zmartwychwstania
ziarno zasieję
odrodzę się
w Tobie
nowym
świtem



Nasz świat!

Zaduch
myśli nie czystych
Piłata prawo
nad nami
Zwycięstwa
Pyrrusowe
Księżyce
terroryzmu
zaćmiewają słońce
Ja chcę
do światła!


Dziś nowy
pejzaż
maluje czas
na palecie
przemijania
miesza
barwy dnia
które nie chcą
zastygnąć
w określonym
kolorze
pejzaż mieni się
chwilą
której nie można
zatrzymać
przyglądający się
Syzyf
uśmiecha się
szelmowsko



Chciałem
ją zabrać
do krainy bajek
karmić ambrozją
ubierać w kwiaty
Ona odrzekła
daruj sobie stary
wystarczy
Chanel 5-tka
i od Diora
szmaty



W baziowych
puszkach
pieszczotki świąteczne
w koszyczkach
pisanki uczuciami
malowane
folklor
dyngusem piękniejący
powszechna radość
zmartwychwstałych
nadziei
i dom miłością
pachnący
o to się modlę
nie tylko
dla siebie
Dzieci głosu nie mają
a zegarek tyk!tyk!tyk!tyk!tyk!
Żeby móc krytykować
musisz dojrzeć
a zegarek tyk!tyk!tyk!tyk!
Polecenia partyjne
Trzy razy Tak!
A zegarek tyk!tyk!tyk!
Spadaj zgredzie
wapno nie ma głosu
a zegarek tyk!
Epitafium:
"Orator wszech czasów"
w zegarku wyczerpała się bateria.



Znów słyszę dzwony
Czy mam się trwożyć?
Czy anioły witać będę?
W sześcianach
zamknięte myśli
budują mury
Jerycha samotności
Czekam na
zbawienny głos trąb



Chcę zapomnieć rozstania ból
Chcę pamiętać tęsknoty udrękę
Chcę zapomnieć zdrady cierpienie
Chcę pamiętać zapach naszych snów
Pamięć własnym żyjąca życiem
Miesza uczucia męcząc chaosem
Nie potrafię prowadzić dziennika



Grzechami karmił
błądzącą duszę,
w pokutnej się
pławił rozpuście,
brodząc
w bagnie wyuzdania
dotrwał
do paschy,
padając na twarz
w żal prawdziwy
dostrzegł w sobie
Boga



Fachowiec!

Talentów nie pomnożył
dumę strawiła głodówka
dziurawym butem
rozciera
zawarte w plwocinach przekleństwa
przeżartymi szkorbutem szczękami
przeżuwa
gumowy, łykowaty czas
w kolejce
po zasiłek



Zdrada!

Próbowałem zdobyć Mont Blanck
Dziś chcę poczuć na twarzy psi ozór



Daty! Daty! Daty!
Kombinacje cyfr
kalendarzowe,
ślady
narodzin
kamienie nagrobne
sądów terminy
bezwzględne
chcę kupić
kalendarz
bez dat



Szczęście to
nie mieć nic
i zdawać sobie sprawę
z tego
ile to daje
możliwości



Raj!

Przed kosmicznymi drzwiami
oświetlonymi
niebiańskim blaskiem
faluje
podekscytowany tłum wiernych
wejścia strzegą
tępe anioły
co chwila
któryś z oczekujących
usiłuje
wejść do raju
ochroniarze reagują brutalnie
ciosy spadają na
łaknącego uciech rajskich
krwawiące, bezzębne
usta
seplenią
Co robicie kurwa?
To tylko dyskoteka!




Mazowieckie łany
w słońcu Prowansji
karczma za wsią
w niej postacie
z obrazów Breugla
w wynajętym pokoiku
Maja naga
i resztki sera
na barowym stole
a ja chciałem
jej przychylić
nieba




Samotność

Kupiłem chleb
razowy, zdrowy
wino czerwone
i kwiat purpurowy
na stole
nakrycia dwa
czara nastrojów
wspaniałych
w tle Francuzki
śpiewa Wróbelek
wtłoczony w
betony szare
czekam na nią
już rok kolejny
tylko wino
coraz lepsze




Impresjoniści!

Loutrecka
geniusz niekarłowaty
kankanem napędzane
Moulin Rouge
Renoira
biusty obfite
szaleństwo cyprysów
słyszane obciętym uchem
van Gogha
na płaszczyznach Cezana
Tahitańskie perły
Gougina
Chciałbym z nimi
Spożyć wydawane przez
Maneta
Śniadanie Na Trawie



Czy Kain zabił Abla
jeżeli tak to po co?
Czy życie to
zabawa w kółko i krzyżyk?
odwieczne pytanie
o jego sens
jest bez sensu
brak odpowiedzi
jest odpowiedzią
nie pytaj
żyj
pytaj by żyć





Miało być tak wspaniale

Marzyła
o sukience z welonem
i czterolistnej koniczynie
nagością piękną
szafując
zapomniała kochać
wymieniła słońce
na latarnię



Szukałem słów prawdziwych
między gwiazdami
w kamieniach
przydrożnych
kwiatach polnych
i filozofów
tomach opasłych
podałaś mi je
ze śniadaniem
w chlebie zaklęte
i dotyku czułym



Godziny szczęśliwe
kurantem znaczone
zamyka czas
w uczuć pozytywkach
w ich sentymentalne melodie
wsłuchuje się
tęsknota cierpliwa
prześladowana dźwiękiem
żałobnego dzwonu
samotności



Koszula uczuć
zszargana
w płaszczu obojętności
kieszenie dziurawe
kolejna podróż
na gapę
wierny
strach przyjaciel
podtrzymuje
resztki godności
brak biletu
upoważnia mnie
do opuszczenia
wehikułu
na dowolnej stacji



Szukałem
piękna doskonałego
w różę dziką
było wplecione
zmysły wszystkie
w zachwyt wprawiając
chciałem stać się jego
wyłącznym właścicielem
zerwałem je delikatnie
w zamian
za krwi kropelkę
przemijało więdnąc
zachłannie
zrywałem kolejne
nie bacząc
na ból i blizny
jestem posiadaczem
galerii
zasuszonych
obrazów piękna



Konieczny manicure!

Pod zniekształconymi
paznokciami
prawa złamane
chciałem wydrzeć
dla siebie
kawałek
życia



Ucieczki!

Wtapiasz się
w pejzaż
impresją skażony
synkopami
robisz uniki
zasłaniasz się
parawanem
piątej symfonii
przyczajasz się na dnie
mórz alkoholowych
noce spędzasz
w objęciach
Scheherezady
tylko nieliczni
dosiadają
Harleya



Ladschaftowe marzenia
kot łażący po sztachetach
zapach jabłek
rozłożonych w sieni
wygaszony ekran
monitora
tylko iskierka
mruga w popielniku
chciałbym się z Tobą
pięknie zestarzeć



Wysłałem myśli
lotem ptaka
przebiły się
przez chmury bezduszności
zaiskrzyły w słońcu
obrączka złotą
radością niesione
prześcigały
jutro
nie spełniły się
rozszarpane
jastrzębim dziobem
lęku



Wszyscy się
do mnie uśmiechali
dostałem rabat
przy zakupach
w ramach promocji
wręczyli tschirt
na degustacji
podali kawę
każdy coś dawał
nikt
nie podał mi
ręki




Niesprawiedliwość
znowu zaatakowała
dobyłem miecza
ciąłem
przez pysk
niestety
miecz wystrugany
z wierzby płaczącej
krzywda
prawdziwa



Patos i prawda!

W błękit wtopione
gwiazdy złote
w kolistej
galaktyce nadziei
wirują
łopocząc flagami
narodów
szczęśliwych
a na śniadanie
znowu
suchy chleb



Reminiscencja!

Idę wąską
staromiejską uliczką
o twarze kamieniczek
uderza echo
kroków czasu
łuszcząc piękne fasady
stojącą na parapecie
wykuszowego okna
różowo- czerwoną pelargonię
podlewa drżącą
suchą ręką
uśmiechnięta staruszka
przemijanie bezlitośnie
tatuuje wokół jej ust
kolejną zmarszczkę
naniosę ten obraz
na płótno pamięci
przechowam w miejscu
gdzie czas
nie sięga



Ryszard