W sobótkowy czas


W sobótkowy czas, kiedy ziemia w północnych krainach staje na ślubnym kobiercu, gleba
się raduje, źródło tryska, polne kwiaty strzelają w górę i ptaki śpiewają, nadleciał z lasu gołąb
i usiadł przed chatą, w której leżała w łóżku dziewięćdziesięcioletnia mateczka.
Staruszka leżała już tak od dwudziestu lat i jedynie przez okno mogła oglądać to, co działo
się na podwórzu, gdzie gospodarzyli jej dwaj synowie. Widziała świat i ludzi na swój
szczególny sposób, gdyż zmatowiałe szyby okienne miały w sobie różne kolory tęczy i
wystarczyło tylko trochę odwrócić głowę, by wszystko wydawało się to czerwone, to żółte, to
zielone, to znowu liliowe. I tak na przykład w zimowy dzień, kiedy oszronione drzewa
wyglądają jak obsypane srebrnymi liśćmi, odwracała głowę na poduszce i te same drzewa
stawały się zielone; było lato, pola słały się złotem, a niebo się niebieszczyło, nawet jeżeli
samo w sobie było naprawdę szare. Staruszce wydawało się, że umie w ten sposób czarować i
dlatego nigdy jej się nie nudziło. Ale zaczarowane szyby miały jeszcze jedną cechę: ponieważ
były krzywe, pokazywały wszystko, co znajdowało się za nimi, raz większe, a raz mniejsze
niż w rzeczywistości.
Kiedy więc jej dorosły syn wracał zły do domu, krzycząc na całe podwórze, matka
wypowiadała życzenie, żeby znów stał się malutki i miły, i zaraz widziała go takim. Albo
kiedy nadchodzili jej wnukowie, kołysząc się niepewnie na małych nóżkach, zamyślała się
nad ich przyszłością i - raz, dwa, trzy - pojawiali się w szybie, niczym w szkle
powiększającym, dorośli, wyrośnięci, prawdziwe wielkoludy.
Ale, kiedy nadeszło lato, pozwoliła otworzyć okno, gdyż szyby nie mogły pokazać tego,
jak pięknie było na dworze. A teraz, w sobótkowy wieczór, gdy było chyba najpiękniej, leżała
patrząc na łąkę i pastwisko, gdzie gołąb wyśpiewywał swą pieśń. Śpiewał prześlicznie o
Jezusie Chrystusie, radościach i wspaniałościach królestwa niebieskiego, zapraszając tam
wszystkich, którzy są spracowani i dość mają trudów tego świata.
Staruszka słyszała pieśń, ale nie przyjęła zaproszenia, bo na ziemi było dziś tak pięknie,
jak w niebie, i nie życzyła sobie niczego lepszego.
Gołąb poleciał więc ponad łąką aż do zagajnika na wzgórzu, gdzie pewien wieśniak kopał
studnię. Stał głęboko w dole, mając nad głową ze trzy łokcie ziemi, zupełnie jak we własnym
grobie.
Gołąb usiadł na świerku i rozśpiewał się o radościach królestwa niebieskiego, pewien, że
człowiek, który nie widzi nieba, morza ani łąki, musi tęsknić za tym, co jest na górze.
- Nie - powiedział jednak wieśniak - muszę najpierw wykopać studnię, bo inaczej nie
będzie wody dla mojej letniczki i ta nieszczęśliwa kobieta przeprowadzi się wraz z dzieckiem
gdzie indziej.
Gołąb poleciał więc nad brzeg morza, gdzie brat wieśniaka wyciągał sieć. Usiadł w
szuwarach i zaczął śpiewać.
- Nie - powiedział brat wieśniaka - muszę przede wszystkim zdobyć jedzenie, bo inaczej
dzieci zapłakałyby się z głodu! Później! Później! Mam jeszcze czas, żeby pójść do nieba!
Najpierw życie, potem śmierć!
Gołąb pofrunął więc do domu, w którym na czas lata mieszkała owa nieszczęśliwa kobieta.
Siedziała teraz na werandzie i szyła na ręcznej maszynie. Jej biała jak lilia twarz odcinała się
od czerwonego pilśniowego kapelusza, który niczym polny mak leżał na jej czarnych jak
żałobny welon włosach. Chciała uszyć dla córeczki śliczny fartuszek na świąteczny
sobótkowy wieczór. Dziecko siedziało na podłodze u jej stóp i cięło skrawki materiału.


- Dlaczego tata nie wraca do domu? - spytała dziewczynka.
Było to właśnie owo trudne pytanie, na które młoda matka sama nie umiała dać
odpowiedzi. Nie umiał też na nie odpowiedzieć ojciec, który gdzieś w obcym kraju próbował
utulić swój smutek, dwakroć jeszcze większy od smutku matki.
Maszyna szyła z trudem, ale wciąż kłuła i kłuła. Tyle było tych ukłuć, ile tylko może
znieść ludzkie serce, zanim się całkiem wykrwawi. A co dziwniejsze, każdy szew wiązał
nitkę jeszcze mocniej z materiałem.
- Chciałabym pójść dziś do wsi, mamo! - powiedziała mała. - Chcę na słońce, tu jest tak
ciemno.
- Pójdziesz na słońce po południu, moje dziecko!
W tej części wyspy pomiędzy wysokimi skałami wybrzeże było naprawdę ciemne. Dom
stał pośród czarnych świerków, które zasłaniały widok, nawet na morze.
- Chcę, żebyś mi kupiła dużo zabawek!
- Nie mamy za co ich kupić, dziecino! - odparła matka opuszczając jeszcze niżej głowę.
To prawda. Dobrobyt się skończył, a zaczęły kłopoty. Tego lata nie miały już nikogo do
pomocy i matka musiała wszystko robić sama.
Kiedy ujrzała rozżaloną twarzyczkę dziecka, podniosła je i posadziła sobie na kolanach.
- Obejmij mamę za szyję! - powiedziała.
Dziewczynka objęła ją.
- Pocałuj mamę!
Malutkie, na wpół otwarte niczym u pisklęcia usteczka obdarowały ją pocałunkiem.
Popatrzyły na nią oczy niebieskie jak kwiatki lnu i pod wpływem tej niewinnej dziecięcej
świeżości rozjaśniła się piękna twarz matki, która w blasku słońca sama wyglądała jak
szczęśliwe dziecko.
Nie będę tu śpiewał o królestwie niebieskim, pomyślał gołąb, lecz jeśli będę potrzebny, to
im pomogę.
I pofrunął do Solbyn, dokąd miał posłanie.
Nastało popołudnie. Kobieta wzięła koszyk na ramię i dziecko za rękę. Nigdy przedtem nie
była we wsi, wiedziała jednak, że leży tam, gdzie zachodzi słońce, a więc po drugiej stronie
wyspy. Wieśniak mówił, że zanim dojdzie się na miejsce, trzeba przejść przez sześcioro wrót
w sześciu płotach.
Poszły więc.
Początkowo ścieżka była kamienista, pełna wystających korzeni i trzeba było nieść małą.
Ciężko się szło, a lekarz zabronił dziecku nadwerężania lewej nogi, gdyż była zbyt słaba i
łatwo mogła się skrzywić.
Młoda matka uginała się pod słodkim ciężarem, a krople potu spływały jej po twarzy, gdyż
w lesie panował upał.
- Chce mi się pić, mamo - narzekała dziewczynka.
- Cierpliwości, kochanie, dostaniesz wody, jak dojdziesz na miejsce.
Pocałowała spieczone usteczka i dziecko uśmiechnęło się zapominając o pragnieniu.
Słońce wciąż piekło, a powietrze w lesie było nieruchome.
- Spróbuj teraz trochę pójść sama - poprosiła matka, stawiając dziecko na ziemi.
Lecz chora noga wciąż się chwiała i dziewczynka nie mogła iść sama.
- Jestem taka zmęczona, mamo - powiedziała - i usiadła przy drodze, by się wypłakać.
Rosły tam przepiękne różowoczerwone dzwoneczki, pachnące migdałami. Dziewczynka
nigdy przedtem nie widziała takich małych kwiatków. Uśmiechnęła się. Dodało to matce
nowych sił do dalszej wędrówki z dzieckiem na ręku.
Dotarły do pierwszych wrót, przeszły przez nie i zamknęły dokładnie na skobel.
Wtedy rozległ się przeraźliwy krzyk, podobny do rżenia, i rozpędzony koń zatrzymał się
na środku drogi. Na jego rżenie odpowiedziały głosy z lasu z prawej i z lewej, i ze wszystkich
stron dokoła. Ziemia dudniła, gałęzie trzaskały, huczały kamienie. Nieszczęsne znalazły się w
samym środku tabunu rozhukanych koni.

Dziewczynka ukryła twarz na piersi matki, a małe serduszko waliło ze strachu jak młotem.
- Boję się! - szepnęła.
- O Boże, wybaw nas! - modliła się matka.
Wówczas rozległ się w świerkach gwizd kosa, i o dziwo, w tej samej chwili konie
rozbiegły się w różne strony. Wokół znów zapanowała cisza.
Minęły drugie wrota i zamknęły je na skobel.
Rozciągało się tam pole leżące odłogiem, a słońce paliło jeszcze mocniej niż w lesie. Szare
skiby ziemi ciągnęły się długimi rzędami. Nagle poruszyły się. Okazało się, że to nie skiby,
ale grzbiety stada owiec.
Owce, a szczególnie jagniątka, to miłe zwierzęta, ale z baranem lepiej nie zaczynać, gdyż
bywa zły i szalony, nawet w stosunku do tych, którzy nie robią mu nic złego. A teraz właśnie
nadchodził środkiem drogi. Przeskoczył rów, zwiesił łeb i wziął rozbieg.
- Boję się, mamo - powiedziała mała i serduszko zaczęło jej bić mocniej.
- O litościwy Boże, wybaw nas - westchnęła matka i popatrzyła błagalnie w błękitne
sklepienie niebios.
A tam, trzepocząc się niczym motyl, fruwał malutki skowronek. Kiedy zaczął śpiewać,
baran zniknął pośród szarych skib.
Minęły trzecie wrota. Ziemia zaczęła się zapadać pod idącymi, nogi przemokły. To było
bagno. Kępki trawy, przystrojone białymi kwiatami wełnianki, wyglądały jak małe groby.
Trzeba było bardzo uważać, by nie ugrzęznąć w mokradle. Rosły tam czarne trujące jagody,
które dziewczynka miała ochotę zrywać. Gdy jej nie pozwolono, posmutniała, bo nie
rozumiała jeszcze, co znaczy trucizna.
Kiedy tak wędrowały, jakaś biała zasłona zawisła nagle między drzewami. Słońce zniknęło
i ogarnęła je straszliwa mroczna biel.
Z owej bieli wyłoniła się głowa z białą gwiazdą pośrodku i dwoma zakrzywionymi rogami.
Głowa zaryczała. Wówczas pokazało się więcej, dużo więcej takich głów. Wszystkie powoli
się zbliżały.
- Boję się, mamo - szepnęło dziecko - bardzo się boję.
Matka cofnęła się nieco w bok i wpadła w błoto między dwie kępy trawy.
- O Boże, wielki, łaskawy! Zlituj się! - krzyknęła z głębi duszy.
Wtedy dało się słyszeć wiatr, silny wiatr od morza, który pędził przez las. Drzewa uginały
się pokornie pod jego tchnieniem. Młoda sosna pochyliła się nisko, a z jej korony popłynął
jakiś szept do uszu nieszczęsnej kobiety. Matka chwyciła jedną ręką gałąź sosny, a ta
wyprostowała się i wyciągnęła zrozpaczoną z błota.
W tej samej chwili mgła rozwiała się, zaświeciło słońce i oto stały już przed czwartymi
wrotami. Matka, która zgubiła kapelusz, wytarła dziecku łzy czarnymi włosami.
Rozśmieszyło to małą, a śmiech uradował biedne matczyne serce. Zapomniała o bólu i
nabrała nowych sił, by szukać piątych wrót.
Ucieszyła się w duchu, widząc w oddali dach kryty czerwoną dachówką i flagi. Przy
drodze rosły parami krzewy kaliny i dzikie róże, jakby specjalnie trzymały się razem: biała
kalina i bladoczerwona róża.
Mała mogła już iść o własnych siłach. Nazrywała pełen kosz kwiatów, wśród których
miała spać jej lalka Lisa, żeby w noc świętojańską mieć piękne sny.
Szły więc dalej beztrosko, gdyż pozostał im do pokonania zaledwie lasek brzozowy, tak
były blisko. Ścieżka prowadziła nieco w górę na niewielkie wzniesienie. Kiedy na nie weszły
i skręciły w prawo, ujrzały na środku drogi byka.
Nie sposób było uciec. Załamana matka padła na kolana, położyła dziecko przed sobą na
ziemi, pochyliła głowę, by osłonić je długimi włosami niczym czarnym welonem i
wyciągnąwszy ręce odmawiała cichą modlitwę. Pot spływał jej z czoła i spadał na ziemię jak
czerwone krople krwi.

O, Boże, prosiła, weź moje życie, lecz ocal tę małą! Wtedy usłyszała w powietrzu
uderzenie skrzydeł. Spojrzała do góry i zobaczyła białego gołębia, frunącego w stronę wsi.
Byka już nie było.
Rozejrzała się za dzieckiem, które siedziało na skraju ścieżki i zbierało poziomki,
czerwone jak krople krwi. Wtedy zrozumiała, czego uniknęły.
Przeszły przez ostatnie wrota, kierując się prosto do wioski.
Leżała zalana słońcem nad zieloną zatoką, pod wielkimi lipami i klonami. Na jednym ze
wzgórz widniał biały kościółek z czerwoną dzwonnicą; plebania cała w bzach, poczta w
jaśminach, a dom ogrodnika pod wielkim dębem. Wszystko było takie jasne. Powiewały
flagi; niewielkie łódeczki obijały się o brzeg morza i pomosty. Czuło się, że to wieczór
świętojański.
Nie spotkały jednak nikogo. Najpierw poszły do sklepiku, by zrobić zakupy i by
dziewczynka mogła się napić.
Kiedy doń doszły, okazało się, że sklepik jest zamknięty.
- Chce mi się pić, mamo - narzekało dziecko.
Poszły na pocztę. Zamknięta!
- Jestem głodna, mamo.
Matka milczała, gdyż nie mogła zrozumieć, dlaczego w powszedni dzień wszystko jest
pozamykane i dlaczego nigdzie nie ma żywej duszy. Poszła do ogrodnika. Było zamknięte, a
przed bramą leżał wielki pies.
- Jestem taka zmęczona, mamo.
- Ja też, moje dziecko, musimy jednak poszukać gdzieś wody.
Chodziły od zagrody do zagrody, ale wszystko było pozamykane. Dziewczynka nie miała
już siły dalej iść i ze zmęczenia utykała na nogę. Kiedy matka zobaczyła, jak ta malutka,
śliczna istotka chyli się ku ziemi, dała za wygraną i usiadła przy drodze z dzieckiem na
kolanach. Dziewczynka zasnęła.
Wtedy w krzakach bzu rozległ się śpiew gołębia. Śpiewał o radościach królestwa
niebieskiego i o ziemskich ciągłych smutkach i zgryzotach.
Matka popatrzyła na swoje śpiące dziecko, na jego małą twarzyczkę, ozdobioną
kapturkiem z białą koronką niczym płatkami białej lilii, i pomyślała, że trzyma królestwo
niebieskie we własnych ramionach.
Dziewczynka obudziła się jednak i zażądała pić.
Matka milczała.
- Chcę do domu, mamo - zaczęła marudzić.
- Wracać znowu tą samą straszliwą drogą? Nigdy! Prędzej rzucę się do morza! -
odpowiedziała matka.
- Chcę do domu!
Matka podniosła się. W oddali zobaczyła młode brzózki, wystające zza pagórka, a kiedy
im się dokładniej przyjrzała, zauważyła, że zaczęły się poruszać, jakby szły. Domyśliła się, że
właśnie tam muszą być wszyscy ludzie z wioski. Obcinają na pewno brzozowe gałęzie, by
zbudować z nich altany na noc świętojańską. Skierowała się w stronę, gdzie mogła znaleźć
wodę.
Po drodze zauważyła chatkę za zielonym płotem z białą furtką. Drzwi stały otworem i
zachęcały do wejścia. Przeszła przez furtkę i znalazła się w ogrodzie, pełnym peonii i
orlików. Zauważyła, że firanki w oknach są zaciągnięte i że wszystkie są białego koloru.
Tylko jedno okienko na poddaszu było otwarte i jakaś biała ręka, wystająca spomiędzy dwóch
balsamin machała białą chusteczką, jakby komuś na pożegnanie.


Matka podeszła do chaty. W wysokiej trawie leżał wieniec z zielonych gałązek mirtu i
białych róż. Był jednak za duży jak na ślubny wianek.
Wstąpiła do sieni, pytając, czy nie ma tam nikogo.
Kiedy nie usłyszała odpowiedzi, weszła do chaty. Na podłodze w morzu kwiatów stała
czarna trumna na srebrnych nóżkach. W trumnie leżała młoda dziewczyna w ślubnym wianku
na głowie.
Ściany pokoju z nowych desek sosnowych pociągnięte były jedynie pokostem i widać w
nich było wszystkie sęki. W okrągłych otworach po gałęziach tkwiły poprzeczne konary
niczym źrenice oczu.
Dziecko pierwsze zauważyło te przedziwne ściany.
- Zobacz mamo, ile tu oczu!
Były tam rzeczywiście wszystkie rodzaje oczu: duże, wymowne i poważne; dziecięce,
małe, błyszczące, z uśmiechem w kącikach; złe oczy łypiące białkami; oczy otwarte szeroko,
czujne, przenikające w głąb serca; było też duże, łagodne oko matki, patrzące z miłością na
zmarłą dziewczynę. Wisiała w nim łza z sosnowej żywicy, która w promieniach
zachodzącego słońca mieniła się na czerwono i zielono jak diament.
- Czy ta dziewczyna śpi? - zapytało dziecko, które dopiero teraz zobaczyło zmarłą.
- Tak, śpi.
- Czy to panna młoda, mamo?
- Tak, panna młoda.
I w tej chwili matka poznała ją! Była to ta sama dziewczyna, która w wieczór świętojański
miała wyjść za mąż za marynarza. Ale kiedy marynarz napisał, że wróci dopiero jesienią,
pękło dziewczęce serce. Nie chciało czekać aż do jesieni, kiedy drzewa pogubią liście i
zaczną się sztormy.
Dziewczyna wysłuchała pieśni gołębia i zrozumiała ją. Młoda matka też już wiedziała,
dokąd się udać.
Postawiła ciężki koszyk przy furtce, wzięła dziecko na ręce i poszła w stronę łąki, która
dzieliła ją od brzegu. Szła w morzu kwiatów, które szumiały i coś szeptały. Białą suknię
miała skąpaną w ich pyle.
Rozśpiewane trzmiele, osy i motyle unosiły się na skrzydłach, tworząc przed nią złocisto
barwny obłok. Szła do brzegu lekkim krokiem.
W zatoce ujrzała białą łódkę z napiętym żaglem, płynącą prosto do brzegu, ale przy sterze
nie było nikogo. Brodziła dalej, skąpana w kwiatach i ich woni, a jej biała suknia wyglądała
niczym kwiecista, kolorowa łąka, lecz o jeszcze piękniejszych barwach niż ta prawdziwa.
Zatrzymała się dopiero na dole koło przybrzeżnych wierzb. Na jednej z nich między pniem
a gałęzią tkwiło ptasie gniazdo.
Kiedy popołudniowy wiatr potrząsnął drzewem, zakołysały się trzy małe, ledwo opierzone
pisklęta, które dziewczynka zaraz chciała pogłaskać.
- Nie, moje dziecko - powiedziała matka - nigdy nie ruszaj gniazda.
Kiedy tak stały na kamienistym brzegu, biała żaglówka podpłynęła wprost do ich stóp. Ale
nikogo w niej nie było.
Matka wzięła dziecko i weszła na pokład. Łódka natychmiast zawróciła i skierowała się ku
morzu.
Kiedy żeglowały koło cypla, na którym stał kościół, żwawo i radośnie rozdzwoniły się
wszystkie dzwony.
Łódź wyśliznęła się z zatoki i żeglowała dalej, na otwarte morze.
Dziewczynka promieniała radością, gdyż woda była nad wyraz niebieska i spokojna. Nie
płynęły już zresztą po wodzie, lecz pośród kwiatów lnu, które dziecko zrywało wyciągniętą
rączką.


Kwiaty kłaniały się i unosiły niczym małe fale pluszczące o dziób łodzi. Nieskończone
wydawało się to pole lnu, które rozciągało się przed nimi. Naraz jednak spowiła je biała mgła
i usłyszały wyraźny plusk fal. U góry, gdzieś ponad mgłą zadźwięczał śpiew skowronka.
- Przecież skowronki nie śpiewają nad morzem? - zapytała mała.
- Morze jest tak zielone, że skowronki biorą je za łąkę - odpowiedziała matka.
Mgła znowu się rozwiała. Niebo, jak przedtem, stało się niebieskie niczym łan lnu, a
skowronki wzbiły się w górę.
Wówczas na samym środku morza zobaczyły zieloną wyspę o białych, piaszczystych
brzegach, po której chodzili ubrani na biało ludzie, trzymając się za ręce. Zachodzące słońce
oświetlało złoty dach kolumnady, gdzie pod świętymi naczyniami ofiarnymi płonęły białe
ognie. A w górze ponad zieloną wyspą jaśniała różowo-seledynowa tęcza.
- Co to jest, mamo?
Matka nie wiedziała, co odpowiedzieć.
Czy to jest królestwo niebieskie, o którym śpiewał gołąb? Co to jest królestwo niebieskie,
mamo?
- To takie miejsce, gdzie wszyscy ludzie są przyjaciółmi i gdzie nie istnieje smutek ani
żadne inne zmartwienie.
- Chcę tam pojechać - powiedziała dziewczynka.
- Ja także - odparła opuszczona i zmęczona życiem matka.


Tekst zaczerpnięty z książeczki Augusta Strindberga pt: "Bajki"

Powrót              S@motność w sieci