Gdzie Święci Pańscy jak gwiazdy świecą,
z dwóch krańców świata dwie dusze lecą.
Pierwsza z nich czarna, smutna, ponura
w nad ziemskim świecie leci jak chmura.
A druga jasna, odziana biało
jakby ją słońce blaskiem oblało.
Kiedy sie w zlocie swym zbiegły obie,
w umarłe lica spojrzały sobie.
To ty Maryjo? To ty Barbaro?
Szepczą do siebie cicho w noc szarą.
Jakaś Ty czarna powiedz siostrzyczko,
czemu Ci białe szczerniało liczko?
Jak lilia biała byłaś na świecie,
byłaś rumiana jak róży kwiecie.
Czy Ciebie w czarnym ziele skąpano?
Czy Cię w żałobny strój przyodziano?
Oj nie to, nie to, od stroju, ziela
człek się nie czerni, ani wybiela.
Nieraz mateczce odrzekłam ostro,
nieraz ja kłótnie wstrzynałam z siostrą.
A nieraz ojciec i bracia mali,
gorzkimi łzami na mnie płakali.
A Bóg policzył każdą łzę marną
i one to mnie zrobiły czarną.
A Ty siostrzyczko, czyś Ty bez grzechu?
Na jakim Tyś się bieliła blechu?
I w jakim zdroju Tyś kąpała,
żeś taka piękna i taka biała?
Jam się nie myła w jasnym jeziorze,
ani w strumieniu co płynie w borze.
Lecz aniołowie zaświadczą sami,
żem sie obmyła własnymi łzami.
To rzekłszy tuli się w szatki
i leci w jasność do Bożej Matki.



" Jan Kanty "
Błysła na wschodzie jutrzenka złota, gwiazdy w nieznane mkną światy,
z rosą poranną łzami sierota, nadwiślańskie skrapia kwiaty.
Nie dla niej piękny świeci poranek, świat w szaty światła ubiera,
żałośnie trzyma w swej dłoni dzbanek, a dugą łezki ociera.
Już krakowiaków gromadka wesoła, na targ do miasta śpieszy.
Lecz na sierotkę nikt nie zawoła, sierotki nikt nie pocieszy.
W tym mąż sędziwy wolnym idąc krokiem, Jan Kanty chluba Krakowa,
smutną sierotkę zmierzywszy okiem, w te do niej ozwał się słowa:
Dlaczegóż płaczesz dziecino droga? Bóg widzi te łezki twoje,
wyznaj mi szczerze ja w imię Boga może te łezki ukoję.
A krakowianka w błekitnym oku, fartuszkiem łezki ociera.
I kornie stojąc przy jego boku, drżące swe usta otwiera.
Jestem sierotą u mieszczki z Łobzowa służę, ach ostra to pani,
nigdy dobrego nie da mi słowa, lecz zawsze gromi i gani.
Zaledwie błyśnie poranek, na Kleparz na targ wysyła.
Abym sprzedawszy ten mleka dzbanek, krupek i soli kupiła.
A że to dzisiaj dzień Matki Boskiej, chcąc przybrać dzień w jej wianek,
po drodze drobne zbierałam kwiatki, i z ręki wymknął się dzbanek.
I wszystko mleko spłynęło drogą, od ślady widać z daleka,
któż się na de mną użali niebogą, ach nie wiem, co w domu mnie czeka.
Dlaczego dziewczę tak rzewnie szlochasz i główkę kryjesz w swej dłoni?
Ty Matkę Boską tak szczerze kochasz, Ona cię pewnie obroni.
A gdy powrócisz do swej zagrody, Boska cię Matka pocieszy.
Pośpiesz do Wisły zaczerpnij wody, sierota ufa i śpieszy.
Przyniosła dzbanek, rączki złożyła, przed Kantym dzban wody stawia.
Jan Kanty krzyżem dzban błogosławił.
Modlił się długo i szczerze,
a gdy modlitwę swoją ukończył, dzban wody do ust swych bierze,
lecz woda w mleko się przemieniła, dziecię - Maryi złóż dzięki.
Ona cię w smutku swym pocieszyła , masz tu dzban mleka z jej ręki.
Na twarzy dziecka spłonął rumieniec, do nóg się Jana rzuciła,
Bogurodzicy odtąd już w wieniec, odtąd codziennie stroiła.



Legenda o żebraku
W czasie kradzieży i niepokoju, żył człowiek co przez lat wiele,
zebrany pieniądz o krwawym znoju, przechowywał w garnku, w popiele.
Lecz się nie zwierzył w nagłym skonaniu, ni przed żoną, ni przed dziećmi,
i długo, długo w tym zaniedbaniu, ten garnek stał pod przypieckiem.
Pewnego razu wszedł do tej chaty, biedny , zgłodniały podróżny.
Ledwo okryty podłymi szaty, pokornie prosił jałmużny.
Lecz gospodyni posród rodziny, przy jadle była za stołem,
i bez litości jakby na drwiny dała mu garnek z popiołem.
Żebrak z modlitwą opuścił progi, jałmużnę przyjął z ochotą.
Ale się wrócił czym prędzej z drogi, gdyż w garnku zobaczył złoto.
Za złe odpłacać dobrym potrzeba, rzekł starzec wchodząc do chaty.
Tyś popiół dała mnie zamiast chleba - ja tobie wracam dukaty.
Kobietę cnota wzruszyła taka, że wstydu błąd swój poznała,
wynagrodziła chojnie żebraka, i odtąd biednych wspierała.



"Mały Jezus"

Mały Jezus zbawca świata wasz rówieśnik dziatki,
własną raczką co dzień zmiata pył z rodzinnej chatki.
I świętemu Józefowi strudzonemu, dopomaga wielce,
tak jak umie przy jego ciesielce.
Gdy Najświętsza Maria Panna do kądzieli siądzie,
to On wełnę jej nawija i patrzy jak przędzie.



"Ukochanie Ojczyzny"
Całym swym sercem, duszą nie winną,
kocham tę ziemię rodzinną.
Na której moja kołyska stała,
i której dawna karmi mnie chwała.
Kocham te łąki, lasy i gaje ,
potężne rzeki, ciche ruczaje.
Bo w tych potokach, w wodzie zdrojach,
ty się przeglądasz Ojczyzno moja.
Krwią uzyźniona, we łzach skąpana,
tak dla nas droga i tak kochana.



O Najświętszej Marii Pannie Pocieszenia
Marsz, marsz me serce do Częstochowy, oddajemy pokłon Pannie
Królowej. Pójdźmy, ach pójdźmy na Jasną Górę, tam zobaczymy
Panny figurę. Więc dwie sieroty co pozostały, które rodziców
wcale nie znały. Chłopiec lat pięć, dziewczynka dziesięć, cóż
te sieroty cóż miały począć. Więc rzekła siostra do brata
swego: gdzie mamy szukać ojca naszego? Pójdźmy ach pójdźmy
gdzie go znajdziemy, u tej Królowej do nóg padniemy. Więc od
wsi do wsi sieroty biegały, kawałka chleba wcale nie miały.
Gdzie tylko weszły, ich się pozbyli, owszem gdzieś dalej im iść
kazali.Ale trafili do jednej kaplicy, tam gdzie był obraz
Bogurodzicy.Więc popadały na kolana, wołając głosem :Matko
Kochana. Gdy Matka Boska głos ich usłyszała, z obrazu swego tak
przemawiała: Ach wy sieroty czego płaczecie? Lecz ojca ,matki
już nie znajdziecie. tak wielkim głosem sieroty płakały, aż na
głowie włosy targały. Żebyś ty matko z grobu powstała ,choćbyś
nam kroplę wody podała. Ach nieszczęśliwa jest ta godzina,
któraś nas matko na świat zrodziła, bo teraz matko z głodu
umieramy, kawałka chleba wcale nie mamy. Więc Matka Boska to
uczyniła, bułkę chleba im z nieba spuściła. Chociaż go nigdy
nie używały, tylko nań patrząc zadość miały Więc te sieroty tak
dziękowały, za ten dar bozy co odebrały. Już od Królowej nie
odejdziemy, tu w tej kaplicy niechaj pomrzemy. Pójdź i ty
wdowo,coś opuszczona od wszystkich ludzi tyś oddalona Ta Maria
prędko pocieszy, ratuje wszystkich, kto do Niej śpieszy. Więc
chrześcijanie co Boga znacie, przed Jej obrazem śmiało padajcie
ach padajcie na swe kolana wołając głosem :MATKO KOCHANA



"Modlitwa dziecka"
W imię Ojca, w imię Syna i Świętego Ducha,
polska modli się dziecina a Pan Bóg ją słucha.
W oczach dziecka dwie łzy duże, wiara w każdym słowie.
Ojcze błagam coś jest w górze daj Ojczyźnie zdrowie.
Pobłogosław dłońmi swymi mą ojczysta strzechę,
a mnie pozwól dla tej ziemi wyróść na pociechę.
Tak schylone nad posłaniem dziecię z Bogiem gwarzy.
A Bóg słucha z poważaniem na ojcowskiej twarzy.
Słucha - zważa każde słowo, zadumał się, myśli
i nad dziecka jasną głową znak zbawienia
kreśli.




Gdy Najświętsza Panienka po świecie chodziła,
a swojego synaczka za rączkę wodziła.
Gdy oboje z Józefem tu na świecie żyli,
i gdy pracą rak swoich Synaczka żywili.
Byli w mieście Nazaret, tam roboty mało
i nie mieli za co żyć, dziecię głód cierpiało.
Ludzie z miasta Nazaret tak im doradzali,
do Jeruzalem miasta by się tam dostali.
Jerozolima wielkie i bogate miasto,
tam byście mieli życie i roboty nadto.
Ale do tego miasta jest tam bór nie mały,
a pośrodku mieszka zbójca zuchwały.
A gdy w bór przyjedziecie dwie drogi znajdziecie,
udajcie się na prawą, bo lewą zbładzicie.
A gdy w prawo pójdziecie, bedzie bór zmniejszony,
bardzo gęsta krzewina ze samej olszyny.
Gdy olszynę miniecie, w baczności się miejcie,
ale już dom zbójcy z daleka miniecie.
Józef święty strachami bardzo był strapiony,
oglądał się po świecie aż na wszystkie strony.
Lecz Naswiętsza Panienka Józefa cieszyła,
a dlaczegóż by nas zabił - te słowa mówiła.
Pójdźmy za wolą Boga, darmo tu być mamy?
Gdy roboty i życia żadnego nie mamy.
Tak się za wolą Bożą w tę drogę puścili,
jak do pół boru przyszli, dwie drogi trafili.
Udali się na prawą, gdzie bór był zmniejszony,
bardzo gesta krzewina ze starej olszyny.
Wówczas deszcz zaczął padać, bardzo zimno było
i dziecię im uziębło aż im się kwiliło.
I usiedli pod drzewem Dziecię ogrzewali,
przytulali do siebie, w rączki mu dmuchali.
A w ten czas zbójca idzie, widzi troje ludzi
począł z nimi rozmawiać, bo go miłość budzi.
Czy tu nocować chcecie, wy tu pomarzniecie,
i to wasze dzieciątko marnie utracicie.
Lecz Naśw. Panienka w rozmowę się wdała,
o swych wszystkich wypadkach mu się uskarzała.
Mówi:idziemy z miasteczka małego,
bo tam roboty nie ma i życia żadnego.
Ludzie z masta Nazaret, tak nam doradzali,
do Jeruzalem miasta byśmy się dostali
Jerozolima wielkie i bogate miasto,
tam byście mieli życie i roboty nadto.
Ale do tego miasta ma być bór nie mały,
a na początku mieszka zbójnik tak zuchwały.
Tak się przez to boimy, bardzo frasujemy,
jedno drogi nie wiemy, zbójcy się boimy.
Zbójca im odpowiada: już go nie miniecie,
a boć to ja jestem sam, czy wierzyc mi chcecie?
Pójdźcie ze mną na drogę do domu mojego,
a nie bójcie się śmierci , przypadku żadnego.
Jak ich wywiódł na drogę dom im ukazuje,
sam idzie w bór wartować przyjście obiecuje.
Jak się z kupy rozeszli, w dom jego przybyli,
żony jego z pokorą o nocleg prosili.
A żona odpowiada: nie mogę nocować
bo mam męża zbójnika , poszedł w bór wartować.
Jak pochodzi po borze, w koło powartuje ,
do domu powróci wam też nie daruje.
A oni odpowiadaja : my się z nim trafili,
gdyby nam tu nie kazał to byśmy nie byli.
Ale na rozkaz jego my tutaj przybyli,
byśmy nocleg dostali, o niego prosili.
A zbójczyni to słyszy, wymawiać przestała,
koło pieca ciepłego usiąść im kazała.
Ale oni od strachu grzać się zapomnieli,
poszli za piecek przy kupie stanęli.
A zbójca w ten czas idzie, ledwo w dom wstępuje
pyta sie żony swojej kto tu nocuje.
Nocuje troje ludzi na zapiecu stoją,
ale nic nie gadają bo się bardzo boją.
Zbójca każe swej żonie wieczerzę gotować
i dla tych ludzi pościel wygodną szykować.
Jak wieczerzę odbyli, szykują posłanie,
a Pan Jezus począł rzewliwe płakanie.
Lecz Najświętsza Panienka te słowa mówiła:
może on to płacze, dawnom go nie myła.
A zbójczyni to słyszy, szykuje wanienkę
srebrną, obmyć Synaczka Przeczystej Panienki.
Gdy Najśw. Panienka Synaczka kąpała,
zbójeckiego w kolebce płakać usłyszała.
Gdy Jezusa skąpała, zbójniczce mówiła,
żeby swego syna w tą kąpiel włożyła.
A zbójniczka powiada: mój syn jest owrzodziały,
gdyby do wody przyszedł byłby płacz niemały.
Lecz Najśw.Panienka leciuchno go wzieła
w tę kąpiel włożyła , płacz uspokoiła.
Ledwie w kąpiel włożony jużci uzdrowiony,
z wrzodów i skorupy cały oczyszczony.
Zbójca się przyglądając, że skóra świecąca,
mówi żonie ta pani bardzo wszechmogąca.
Mówi : skądeście ludzie i jakiego rodu,
żem was tu dostał , chwała Panu Bogu.
Mówi powtórnie żonie: może to ci ludzie
co pismo chwali ich na cały świat idzie.
Na zajutrz rano wstawszy onych wypytuje
- co wy za to żądacie, płacić obiecuje.
Lecz Najśw. Panienka tak odpowiada,
za wieczerzę i nocleg com tu otrzymała.
Zbójca im odpowiada: nie pytam o to,
boja mam dość wszystkiego, mam srebro i złoto.
I poszedł po pieniądze, w klin je wysypuje ,
a jak wam tego braknie przyjść zaś rozkazuje.
I zaraz też ta woda, w której był obmyty
jakby drogi balsam wonna maść się stała,
tedy żona łotrowa mądrze postapiła,
do dzbana wylała , w ziemię zakopała.
A jak się rozejść mieli, sobie dziękowali,
Pan Jezus synaczkowi, aż się dziwowali.
Mówiąc: rośnij tu braciszku, a jak dorośniemy
to oboje na krzyżu pospołu pomrzemy.
A rodzice to słysząc, bardzo się trapili,
wszystkie marności, zabójstwa precz złożyli.
Jak syna wychowali, wszystko mu oddali,
żeby siebie szanował, tak mu przykazali.
Gdy już umierać mieli, zejść ze świata tego,
dali mu upomnienie, by nie krzywdził żadnego.
Lecz on po śmierci rozproszył to prędko
nie na długo mu to trwało, utracił to wszystko.
I poszedł do złodziei i z nimi targował,
i zjednym go chwycili z którym on wartował.
Powiesili na krzyżu trzeciego Jezusa,
jednak tego zbójcy szczęśliwa jest dusza.
A ci jego rodzice mają darowane,
kara za grzechy przez to nocowanie.
Kto Jezusa nocował jak po świecie chodził,
Pan Jezus mu swym niebem za nocleg nagrodził.
Powiedział w rozdziałe i teraz nagrodzi,
kto takiego nocuje co po świecie chodzi.
Zważcie to chrześcijanie, którzy to czynicie,
jako Bóg dobrotliwy - niebo otrzymacie.




Pielgrzym
Ojców naszych ziemio święta
Ziemio wielkich cnót i czynów
Tyś na wskroś jest przesiąknięta
Krwią ofiarną swoich synów

I nie darmo w twoje rano
O spuścizno przodków droga
Ziemią świętą Cię nazwano
Boś najbliżej stała Boga

Byłaś ziemią poświeconą
Przytuliskiem licznych gości
Dziwny ciebie opromieniał
Czar męczeństwa i świętości

Z tej to niwy dziś pątnicy
Do stolicy szli Piotrowej
By tam prosić dla swej ziemi
O relikwie, kości nowe

A gdy o ten dar niezmierny
Dla ojczyzny swej prosili
Papież skłonił głowę białą
I tak odrzekł im po chwili

O Polacy,o pielgrzymi
Na cóż wam relikwia nowa
Wasza ziemia krwią się dymi
I dość świętych kości chowa

I wziął w rękę swą sędziwą
Polskiej ziemi grudkę małą
I na dłoń mu się o dziwo
Kilka kropli krwi polało

Weźcie rzesze proch ten z sobą
I cud Boży głoście wszędzie
Niech ta ziemia wam ozdobą
I relikwią świętą będzie



Tych przedwojennych, rymowanych opowieści
Pan Tadeusz Laszczak,
jako młody chłopak uczył się na pamięć w szkole,
lub usłyszał od swojej babci i do tej pory je pamięta.
To co zapamiętał przekazał swojej rodzinie,
a rodzina podzieliła się ze mną
Opowieści Pana Tadeusza bardzo mnie urzekły,
są pełne pięknych słów i klimatu,
który umie poruszyć serce i którym chciałabym się z Wami podzielić.






Powrót              Obietnica