Opowiadanie I

Na wyspach Salomona, na południowym Pacyfiku, tubylcy stosują niezwykłą metodę obalania drzew. Jeśli drzewo jest zbyt duże, żeby je ściąć siekierą, zwalają je wrzeszcząc na nie. (Nie mogę znaleźć tego artykułu, ale przysięgam, że go czytałem). Ludzie z lasu obdarzeni specjalnymi właściwościami wspinają się o świcie na drzewo i nagle jednocześnie krzyczą na nie ze wszystkich sił. I robią to tak przez trzydzieści dni. A drzewo umiera i pada. Istnieje teoria, że wrzask zabija ducha drzewa. Wedle tubylców to zawsze odnosi skutek.
Ach, te biedne naiwne dzikusy. Takie dziwaczne zabobony z dżungli. Krzyczeć na drzewa, też coś. Jakie to prymitywne. Robią to tylko dlatego, że nie znają zdobyczy współczesnej techniki i nie są odpowiednio wykształceni.
A ja? Ja krzyczę na swoją żonę. I krzyczę przez telefon, i podczas koszenia trawy. Krzyczę na telewizję i na gazety, i na moje dzieci. Nieraz zdarzało się mi się nawet wygrażać niebu zaciśniętą pięścią i krzyczeć.
Mój sąsiad tuż obok wrzeszczy często na swój samochód. Tego lata słyszałem, jak darł się przez całe popołudnie na składaną drabinkę. My współcześni ludzie, uprzejmi, wykształceni, krzyczymy na ruch samochodowy i na sędziów sportowych, i rachunki, i banki, i maszyny, zwłaszcza na maszyny. Najczęściej krzyczymy na różne urządzenia techniczne i członków rodziny.
Nie macie pojęcia, jak dobrze to robi. Maszyny i rzeczy po prostu są tu, na miejscu. Ale nie zawsze kopnięcie pomoże. Jeśli zaś idzie o ludzi, no cóż, mieszkańcy Wysp Salomona może mają rację. Krzyczenie na coś, co żyje, może zabić w tym czymś ducha. Kije i kamienie mogą nam połamać kości, ale słowa mogą złamać nasze serca...



Opowiadanie II

Mieliśmy się bawić w olbrzymów, czarowników i krasnoludki.
Pewnego dnia, kiedy pod opieka miałem około osiemdziesięciu dzieci w wieku od siedmiu do dziesięciu lat (ich rodzice zajęci byli rodzicielskimi sprawami), ustawiłem całą czeredę w sali spotkań naszego kościoła i wytłumaczyłem im zasady wspólnej zabawy. Była to zabawa na wielką skalę, do której był potrzebny karton i nożyczki, wymagała też podejmowania odpowiedzialnych decyzji. Ale prawdziwym jej celem było robienie wiele hałasu, wzajemne gonitwy, aż wreszcie nikt nie wiedział, po której jest stronie ani kto wygrał.
Podzielenie rozbawionych dzieci w wielkiej sali na dwa zespoły, wytłumaczenie im zasad gry i podziału na grupy było doprawdy niemałym osiągnięciem, ale zrobiliśmy to w znakomitej atmosferze i mogliśmy zaczynać.
Podniecenie gonitwami osiągnęło punkt kulminacyjny. Wrzasnąłem więc "Teraz każdy musi zdecydować, kim jest! OLBRZYMEM, CZAROWNIKIEM czy KRASNOLUDKIEM!"
Kiedy zbite w gromadki dzieci zawzięcie szepcząc naradzały się, ktoś szarpnął mnie za nogawkę spodni. Spojrzałem w dół, jakaś mała dziewczynka patrzyła na mnie i spytała cienkim, przejętym głosikiem:
- A gdzie stoją syreny?
Gdzie stoją syreny?
Długa chwila milczenia. Bardzo długa chwila.
- Gdzie stoją syreny? - powtórzyłem pytanie.
- Bo widzi pan, ja jestem syreną.
- Ale przecież tu nie ma syren.
- Owszem, są, ja jestem syreną!
Ona nie zamierzała być ani olbrzymem, ani czarodziejem, ani krasnoludkiem. Wiedziała, kim jest. Syreną. I nie zamierzała się wycofać z gry, odejść i stanąć pod ścianą, gdzie było miejsce tych niepotrzebnych. Zamierzała brać udział w zabawie, tam gdzie było miejsce syren. Nie chciała zrezygnować ani ze swojej godności, ani tożsamości. Uważała za pewnik, że jest w tej zabawie miejsce dla syren i że ja będę wiedział, gdzie ono jest.
No tak, gdzie mają stać syreny? Wszystkie syreny, wszyscy ci, którzy są odmienni, którzy nie odpowiadają normie i którzy nie godzą się na ustalone podziały.
Wystarczy, żebyś odpowiedział na to pytanie, a możesz stworzyć szkołę, naród, cały świat.
Jaka była wtedy moja odpowiedź? Czasem udaje mi się powiedzieć to co trzeba.
- Syreny staną tutaj, przy królu morza - odparłem.
(Raczej koło błazna królewskiego - pomyślałem sobie).
I tak staliśmy sobie oboje, trzymając się za ręce i przeglądając oddziały czarodziejów, olbrzymów i krasnoludków, kiedy przebiegały koło nas w szalonym pędzie.
A tak przy okazji, to nie prawda, że syreny nie istnieją. Osobiście znam jedną. Trzymałem ją za rękę.



Teksty pochodzą z książki Roberta Fulghum'a
"Wszystkiego, co naprawdę trzeba wiedzieć, nauczyłem się w przedszkolu"



Powrót              Bajka o gwiazdach