Przysiadłem na łóżku mego syna, przytuliłem;
Późno już, czas spać, mój mały.
Gdy trzymałem go czule, dziwny obraz zobaczyłem:
Moje ręce ... jak dłonie mego taty wyglądały.

Dobrze pamiętam te stare, chropowate odciski,
Czasami dwa, a czasem jeden paznokieć złamany.
A przez ten młotek, co chybił celu,
Zsiniały kciuk taty, taki kochany.

Pamiętam, że były szorstkie, niezwykle twarde,
Z mocą imadła cieśli wszystko trzymały.
Ale tuląc w nocy przestraszonego chłopca,
Tak delikatne i miłe się wydawały!

Jakżeż ciekawie musiały wyglądać te dłonie;
W oczach małego chłopca były niezwykłe.
Innych ojców dłonie czystsze się zdawały
( pewnie do biurowej pracy nawykłe ).

Gdy byłem młody, rzadko o tym myślałem,
Dlaczego dłonie taty takie się stały;
Umiłowanie ciężkiej pracy, gdzie pył i smary,
Zardzewiałe rury, które taki im wygląd nadały.

Myślę o tym, co było, i o tym, co będzie,
Gdy pewnego dnia mój czas nadejdzie.
Moje pomarszczone dłonie zapłoną światłem,
A miłość taty na syna przejdzie.

Nie obchodzą mnie siniaki ani zmarszczki tu czy tam,
Ani młotek, który chybił celu.
Gdy syn ujmie me dłonie, będzie wiedział,
Że w nich miłość, a nie w słowach wielu.

( Dawid Kettler )






Powrót              Koszula szczęśliwego człowieka