Kiedy czerniczek
zamieszkał w szakłaku


Gdy stoi się w pobliżu portu, gdzie cumują parostatki, i patrzy na morze, widać na lewo
górę całkowicie porośniętą młodym zielonym lasem, za którym stoi duży dom
w kształcie pająka.
Z jego okrągłego środka odchodzi osiem odnóg niczym osiem kończyn z pajęczego
korpusu. Ten, kto trafi do tego domu, nie może wyjść, kiedy chce. Niektórzy pozostają tam do końca życia. To więzienie.
W czasach Oskara I góra nie była zielona. Przeciwnie, była szara i łysa, gdyż nie rosło na niej nic, ani mchy, ani dzikie bratki, które przyjmują się nawet na gołych skałach.
Były tam tylko szare kamienie i szarzy, skamieniali z wyglądu ludzie, którzy tłukli kamienie, wysadzali kamienie i dźwigali kamienie. Wśród tych ludzi z epoki kamienia łupanego był jeden z wyglądu bardziej niż inni kamienny.
Jeszcze za młodu, w czasach Oskara I, zamknięto go w tym więzieniu, bo zabił człowieka.
Był więźniem dożywotnim i na jego szarym ubraniu wyszyto czarne litery D.Ż.
Zimą i latem chodził po wzgórzu i kruszył kamienie. Zimą widział wyludnioną i pustą
przystań dla parostatków, półokrągły pomost na palach wyszczerzonych niczym rząd zębów,
drewutnię, ujeżdżalnię i dwie bardzo duże nagie lipy. Czasem obok wysepki przemknął jakiś
bojer z rozpiętym żaglem, czasem jacyś chłopcy na łyżwach. Poza tym panowały tam pustka i
cisza.
Wraz z nadejściem lata robiło się weselej. Przystań zapełniały kolorowe statki, świeżo
pomalowane i oflagowane. Zieleniły się lipy, pod którymi siadywał jako dziecko, czekając na
ojca, palacza na jednym z tych pięknych parostatków.
Teraz już od wielu lat nie słyszał szumu wiatru w liściach drzewa, bo nic nie rosło na tej
skale, ale wciąż w pamięci miał szum lip na Riddarholmen jedyną rzecz, za którą tęsknił.
Kiedy w niedzielę obok wysepki przepływał parostatek, więzień słyszał plusk fal, nieraz
orkiestrę dętą i widział radosne twarze, które pochmurniały, ujrzawszy na wzgórzu szarego
kamiennego człowieka.
Przeklinał wtedy niebo i ziemię, swój los i ludzkie okrucieństwo. Przeklinał tak rok po
roku. Jego towarzysze też urągali i przeklinali każdej nocy i każdego dnia, gdyż zbrodnia
dzieli, lecz nieszczęście zbliża cierpiących do siebie.
Na początku życie w więzieniu było niepotrzebnie okrutne. Strażnicy znęcali się nad
więźniami z lubością i bez litości. Lecz pewnego dnia nastąpiła odmiana. Wikt się poprawił,
traktowanie stało się łagodniejsze i każdy więzień mógł spać we własnej celi. To sam król
rozluźnił trochę więzienne pęta. Ponieważ jednak brak nadziei zamienił serca tych
nieszczęśników w kamienie, nie odczuwali wdzięczności, lecz przeklinali w dalszym ciągu.
Uświadomili sobie teraz, że weselej spać razem w jednej celi, bo można porozmawiać sobie
nocami. Narzekali więc na jedzenie, ubranie i strażników, zupełnie jak przedtem.
Pewnego pięknego dnia rozdzwoniły się wszystkie dzwony w mieście, a najgłośniej na
Riddarholmen. To umarł król Oskar i więźniowie dostali jeden wolny dzień. Ponieważ wolno
im było teraz ze sobą rozmawiać, rozmawiali o ucieczce, o tym, jak zabiją strażników,
rozmawiali nawet o zmarłym królu i mówili o nim źle.
- Powinien nas był wypuścić, jeżeli był sprawiedliwy - powiedział jeden z więźniów.
- Albo powinien powsadzać wszystkich złoczyńców, którzy chodzą wolno.
- Wtedy sam musiałby zostać dyrektorem więzienia, bo trzeba by zamknąć cały naród.

Tak to już jest z więźniami, że wszystkich ludzi uważają za przestępców, a to, że sami
zostali złapani, zwalają jedynie na pech.
Tymczasem trwał gorący letni dzień i nasz kamienny człowiek chodził ciągle po brzegu,
słuchając bicia dzwonów po śmierci Oskara Łagodnego. Pod przybrzeżnymi kamieniami
szukał głowaczy i cierników. Nie znalazł jednak żadnego. Nawet nieco dalej w głębokiej
wodzie nie było widać ani płotek, ani uklejek. Dlatego nie było też ani jednej mewy, ani
rybitwy. Kamienny człowiek odczuł ciężar przekleństwa wiszącego nad miejscem, do którego
nie chciały się zbliżyć nawet ryby i ptaki. I znów zaczął rozpamiętywać swój los. Stracił imię
otrzymane na chrzcie i nazwisko. Nazywał się teraz numer 65. Miał imię, które zapisuje się
cyframi, a nie literami. Nie figurował w księgach podatkowych, nie płacił podatku, nie
wiedział, ile ma lat. Nie był już człowiekiem, nie był żyjącą istotą, ale nie był też zmarłym.
Był niczym. Jedynie czymś szarym, co porusza się po wzgórzu, straszliwie spalonym przez
słońce, które piekło przez ubranie i prażyło w głowę, głowę o krótko obciętych włosach, a
niegdyś lokach, rozczesywanych w każdą sobotę delikatną ręką matki. Nie mógł dziś nosić
czapki, bo wtedy łatwiej mógłby uciec. Dlatego jak tylko słońce zaczęło prażyć mu ciemię,
przypomniała mu się historia o proroku Jonaszu, który dostał od Pana tykwę, by mógł usiąść
w jej cieniu.
- No i co mu z tego przyszło! - kpił sobie, bo nie wierzył już w żadne dobro! Absolutnie
żadne!
W tej samej chwili zobaczył na brzegu bujający się na falach czubek brzozy, zielony z
białym pniem. Wypadł pewnie ze statku wycieczkowego. Wyciągnął go na ląd, otrząsnął z
wody i zabrał ze sobą daleko aż do rozpadliny skalnej, gdzie osadził pomiędzy trzema
kamieniami. Usadowił się pod tą brzozą i słuchał, jak wiatr szumi leciutko w jej liściach,
które pachną najwspanialszą żywicą.
Siedział tak przez chwilę w chłodzie, aż zasnął.
Śniło mu się, że:
Całe wzgórze było zielonym zagajnikiem ze wspaniałymi drzewami i pachnącym
kwieciem. Ptaki śpiewały, pszczoły i trzmiele brzęczały, trzepotały motyle. Ale jedno drzewo,
którego nie znał, rosło osobno. Było piękniejsze niż inne, gdyż miało, niczym krzak, kilka
pni. Jego konary tworzyły takie ładne wzory i zawijasy jakby zrobione szydełkiem. Pośród
błyszczącego listowia siedział mały czarno-biały ptaszek, podobny do jaskółki, chociaż nie
była to jaskółka.
I jak to bywa we śnie, kamienny człowiek rozumiał ptasi śpiew. Słuchał więc, a ptak
śpiewał tak:
"Tam błoto, błoto, błoto masz!
Tu je, tu je, tu je dasz!
W błocie, błocie zmarłeś i
z błota wstaniesz nowy ty!"
Była to pieśń o błocie, o śmierci i o zmartwychwstaniu, tyle tylko zrozumiał.
Ale sen trwał. Więźniowi śniło się teraz, że stoi na skale, samotny w palącym słońcu,
usychając z pragnienia i głodu.
Wszyscy koledzy odwrócili się od niego, grożąc mu śmiercią, ponieważ nie chciał z nimi
podpalić więzienia. Z tyłu za nim stał cały tłum, który miotał w niego kamieniami i pędził na
górę tak daleko, jak tylko się dało. Naraz wyrósł przed nim mur.
Nie miał szans, żeby go przeskoczyć, dlatego straciwszy ostatnią nadzieję, postanowił
walnąć głową w ten mur, żeby się zabić.
Ruszył z góry i oto w tej samej chwili otworzyła się brama, zielona brama do ogrodu... i ...
właśnie wtedy się obudził!
Kiedy zrozumiał, gdzie jest, i zobaczył, że wspaniały ogród skurczył się do kilku
brzozowych gałązek, poczuł się rozczarowany i rzekł sam do siebie:

- Żeby to była chociaż lipa.
Szum brzozy wydał mu się zbyt ostry, brzmiał zupełnie tak, jakby ktoś przesypywał piasek
lub drobne kamienie, podczas gdy lipa potrafiła wygrywać najczulsze tony.
Następnego dnia brzoza zwiędła i dawała już bardzo mało cienia.
A dzień później liście jej wyschły niczym kartki papieru i zgrzytały jak zęby. W końcu w
rozpadlinie stały tylko brzozowe rózgi, które przypominały mu dzieciństwo.
Wtedy znowu pomyślał o tykwie proroka i przeklinał, gdy słońce zaczęło palić mu ciemię.
Nastał nowy król i we władzach kraju oraz w rządzie nastąpiło ożywienie. Postanowiono
przekopać przez miasto nowy tor wodny, dlatego wszystkich więźniów załadowano na barki
do bagrowania.
Po raz pierwszy od wielu, wielu lat kamienny człowiek opuścił swoją wyspę. Był znowu
na wodzie. W rodzinnym miasteczku zobaczył tyle nowego! Przede wszystkim kolej żelazną i
lokomotywę parową. Bagrować mieli tuż poniżej stacji.
Zaczęli wyciągać na wierzch wszystkie nieczystości, które leżały na dnie morza. Były tam
potopione koty i stare buty, zjełczały tłuszcz z fabryki świec, barwiące włókna z farbiarni
"Bla Hand", kora z garbarni i wszystkie ludzkie nieszczęścia, które w ciągu setek lat
wypłukiwały z, ubrań pracujące na mostku praczki.
Bagrowaniu towarzyszył tak nieznośny smród siarki i amoniaku, że tylko więzień mógł to
wytrzymać.
Kiedy załadowano już barkę, więźniowie zaczęli zadawać sobie pytanie, gdzie wyrzucą
cały ten brud. Odpowiedź nasunęła się sama, jak tylko barka wzięła kurs na ich wyspę.
Właśnie tam składowano całe to błoto. Obrzucono nim wzgórze, a powietrze wokół
przesyciła zatruta woń. Nurzali się w tym brudzie, który oblepiał im ubrania, ręce, twarze.
- To piekło! - mówili.
Przez parę lat bagrowali i przykrywali mułem skałę, która w końcu zupełnie zniknęła.
Każdego roku późną jesienią śnieg rozciągał białe prześcieradło na wszystkie te
nieczystości.
A kiedy ostatniej wiosny śnieg się roztopił, straszny smród ulotnił się, a błoto zaczęło
wyglądać jak ziemia. Tej wiosny zakończono bagrowanie, a nasz Kamienny Człowiek
otrzymał pracę w kuźni i nie odwiedzał już swojej wyspy. Lecz pewnego razu jesienią
wymknął się tam i zobaczył coś przedziwnego.
Na mule rosły zioła. Oczywiście brzydkie, pospolite zioła. Przeważnie uszczep, podobny
do pokrzywy, ale z brązowymi kwiatami, co już samo w sobie jest wstrętne, bo przecież
kwiaty powinny być białe, żółte, niebieskie lub czerwone. Były tam nawet prawdziwe
pokrzywy kwitnące na zielono i łopiany, szczaw, osty, lebioda, wszystkie te najbrzydsze,
parzące, kłujące, śmierdzące zioła, których ludzie nie kochają i które porastają wysypiska,
pogorzeliska i szamba.
- Oczyściliśmy wodę, wydobyliśmy brudy - powiedział więzień - i oto podziękowanie!
Teraz Kamienny Człowiek został wywieziony na nową wyspę, którą przerabiano na
fortecę, i znów pracował w kamieniach, kamieniach, kamieniach!
Stracił jedno oko i od czasu do czasu był bity. Przebywał tam tak długo, aż zdążył umrzeć
nowy król i na tronie zasiadł jego następca. W dzień koronacji jeden z więźniów miał zostać
ułaskawiony i uwolniony. Ten, który zachowywał się nienagannie i zrozumiał, że dopuścił się
nieprawości. I tak się stało! Ale inni więźniowie uznali, że takie postępowanie jest wobec
nich niesprawiedliwe, gdyż tego, który żałuje, zwykło się uważać w tych kręgach za oszusta.
Mijały lata! Nasz Kamienny Człowiek bardzo się zestarzał. Ponieważ był już nieprzydatny
do cięższych prac, przewieziono go z powrotem na jego wyspę, by szył worki.
Pewnego dnia przyszedł do niego ksiądz.
- No - powiedział - czy ty już nigdy stąd nie wyjdziesz?
- A czy to możliwe, żebym stąd wyszedł? - zapytał Kamienny Człowiek.

- Byłoby możliwe, gdybyś w końcu zrozumiał, że postąpiłeś niesprawiedliwie!
- Jeżeli spotkam człowieka, który robi w życiu więcej niż tylko to, co uchodzi za
sprawiedliwe, wtedy uwierzę, że postąpiłem niesprawiedliwie! Ale tak się nigdy nie stanie.
- Robi więcej niż to, co sprawiedliwe! To znaczy jest miłosierny. Obyś go spotkał jak
najszybciej!
Pewnego dnia Kamiennego Człowieka odkomenderowano do budowy dróg w głębi wyspy,
w miejsce, którego nie widział chyba ze dwadzieścia lat.
Był to znowu letni, gorący dzień. W pobliżu buczały radośnie parostatki barwne niczym
motyle.
Kiedy stanął na cyplu, nie zobaczył skały, tylko wspaniały, zielony zagajnik, w którym
liście połyskiwały na wietrze jak małe fale na morzu. Rosły tam wysokie, białe brzozy i
drżące osiki, a nad samym brzegiem olchy!
Było zupełnie tak, jak w tamtym śnie. Pod drzewami szeptała trawa i mrugały kwiatki,
fruwały trzmiele i trzepotały motyle. Śpiewało niezliczone mnóstwo ptaków, ale nie rozumiał
ich mowy, a więc tym razem to nie był sen.
Przeklęte wzgórze zamieniło się w błogosławione. Nie mógł opędzić się od myśli o
proroku i tykwie.
- Oto jest łaska i miłosierdzie! - odezwało się coś w jego wnętrzu, jakiś głos, jakieś
upomnienie.
A kiedy obok przepływał parostatek, twarze na nim nie spochmurniały, lecz rozjaśniły się
na widok pięknej zieleni. Wydało mu się, że ktoś mu pomachał, jak się macha, przepływając
koło czyjegoś letniska.
Poszedł ścieżką przed siebie pod szumiącymi drzewami. Nie było tam lip, ale nawet nie
odważyłby się pomyśleć o lipach w obawie, by brzozy nie przemieniły się w suche rózgi.
Tyle przynajmniej już się nauczył.
Kiedy tak szedł przed siebie pod kopułą z listowia, ujrzał w oddali biały mur, a w nim
zieloną drewnianą furtkę. Usłyszał, że coś gra. Nie były to jednak organy, gdyż dźwięki
wydawały się żywsze i weselsze. Ponad murem wznosił się piękny dach jakiejś wilii, a na
wietrze powiewała niebiesko-żółta flaga.
Zobaczył kolorową piłkę, która to wzbijała się w górę, to opadała w dół. Szczebiotały
dziecinne głosy, a brzęk talerzy i szkła mówił mu, że nakrywa się do stołu.
Podszedł do furtki i zobaczył... Kwitnące bzy, a pod nimi stół nakryty obrusem, obok
bawiły się dzieci, słychać było muzykę i śpiew.
- To raj! - odezwał się w nim jakiś głos.
Długo stał i patrzył. Tak długo, że aż ogarnęły go zmęczenie, głód, pragnienie i wszystkie
nieszczęścia tego świata.
Wtedy otworzyła się furtka i wyszła z niej jasno ubrana dziewczynka. Niosła w ręku
srebrną tacę, a na niej kieliszek z winem, które było najczerwieńsze ze wszystkiego, co
widział. Dziecko podeszło wprost do starego i powiedziało:
- Chodź tu, dziadku, dostaniesz wina.
Stary wziął wino i wypił. Było to wino bogaczy, przywiezione z daleka, ze słonecznych
krajów. Smakowało jak sama słodycz życia.
- Oto miłosierdzie! - powiedział jego własny łamiący się głos. - Ale gdyby nie twoja
nieświadomość, moje dziecko, gdybyś wiedziała, kim jestem, pewnie nie podałabyś mi tego
napoju. Czy wiesz, kim jestem?
- Tak, jesteś oczywiście więźniem! - odpowiedziała dziewczynka.
- A więc wiedziałaś! I mimo to... Oto miłosierdzie.
Kiedy stary Kamienny Człowiek szedł z powrotem, nie był już z kamienia. I w nim
również coś zakiełkowało.

Przechodząc obok urwiska, zobaczył drzewo o wielu konarach niczym krzew,
najpiękniejsze ze wszystkich. Był to szakłak, tylko że stary o tym nie wiedział. W gałęziach
kręcił się mały ruchliwy ptaszek, czarno-biały jak jaskółka, nazywany przez ludzi
czerniczkiem, mimo że naprawdę nazywa się jakoś inaczej. Usadowił się w największej
gęstwinie i śpiewał smutno, lecz łagodnie:
W błocie, w błocie zmarłeś i
Z błota wstaniesz nowy ty!
Zupełnie jak w tamtym śnie, lecz teraz stary już wiedział, co czerniczek chciał mu
powiedzieć.

Tekst zaczerpnięty z książeczki Augusta Strindberga pt: "Bajki"





Powrót              W sobótkowy czas