header

divider


"U nas w domu jest początek nieba"

Dla dwunastoletniego Macieja ta niedziela była szczególna. Była to Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego, lecz mały Maciej niewiele jeszcze rozumiał z tego wielkiego wydarzenia jakie miało miejsce 2000 lat temu w Jerozolimie. W tym dniu szczególnie ważny był tata. Tata właśnie wrócił z tygodniowego pobytu za granicą. Był w podróży służbowej. Odkąd pracował w nowej firmie często musiał wyjeżdżać na kilka dni lub dłużej. Maciej bardzo tęsknił za tatą, tym bardziej teraz w czasie przygotowań do Świąt Wielkanocnych. Wiedział, że w święta tata w końcu będzie w domu, a wtedy pójdzie z nim na obiecany długi spacer.
- Tato! Idziemy? - zniecierpliwiony zapytał Maciej gdy tylko zakończono w domu świąteczny obiad.
- Idziemy - odpowiedział tata, który również oczekiwał na tę chwilę.
- A "Marysia" posprząta - z uśmiechem powiedziała mama. Idźcie, pobędę trochę sama i odpocznę.
Już po chwili tata z Maćkiem spacerowali ulicami miasta. Był piękny, wiosenny dzień. Maciek jak zwykle pytał o wszystko dookoła.
- Tato, a czy jutro też idziemy do Kościoła? Dlaczego ten człowiek śpi na ławce? Dlaczego na tym drzewie są już małe liście, a na drugim jeszcze nie? Dlaczego jest tak ciepło dzisiaj, a wczoraj było tak zimno?
Tata uśmiechał się i jak mógł tak odpowiadał.
- Widzisz Macieju słońce, drzewa, ptaki. Wiesz, że to wszystko stworzył Bóg. Człowieka też stworzył, ciebie i mnie.
- A tego tam - tu Maciej wyciągnął rękę i wskazał na młodego mężczyznę poruszającego się w wózku inwalidzkim.
- Tego też - odrzekł tata.
- Czy on do końca życia będzie jeździł na wózku - pytał Maciej.
- Nie wiem - odrzekł tata. Może tak, a może wyzdrowieje. Pamiętasz moje stare zdjęcia, które są w dużym albumie w domu? Mam tam kilka zdjęć również ze spaceru, tak jak dzisiaj. Tylko jestem na nich w wózku inwalidzkim tak jak ten pan.
- Aaa, pamiętam. To znaczy pamiętam te zdjęcia, ale nie pamiętam jak to było. Pamiętam jak kiedyś mówiłeś, że to było dawno i że wtedy wszystko się zmieniło. Opowiedz mi o tym teraz - prosił Maciej spoglądając na mężczyznę na wózku, który właśnie ich mijał.
- W domu mam jeszcze inne zdjęcia - zaczął tata - na których jestem zawodnikiem judo. Lubiłem ten sport. Ćwiczyłem, wyjeżdżałem na zawody, aż podczas jednej walki źle upadłem. Stało się coś dziwnego. Leżałem na macie i nie mogłem sam podnieść się. Po chwili poczułem okropny ból kręgosłupa. Podeszli koledzy i próbowali mnie delikatnie podnieść. Wiedzieli, że stało się coś złego ze mną i wezwali pogotowie. Następne dni leżałem w szpitalu. Nie mogłem nawet ruszyć się na łóżku. Wciąż czułem straszny ból w plecach. Miałem pretensje do wszystkich dokoła za to co mnie spotkało. Na szczęście ból ustąpił po kilku dniach i wyszedłem ze szpitala. Okazało się, że nie na długo. W miejscu upadku na kręgosłupie zaczął tworzyć się guz. Po pewnym czasie z trudem sam poruszałem się. Potrzebne mi były kule, a z czasem wózek inwalidzki. Zdaniem lekarzy konieczna była szybka operacja lecz ryzyko tej operacji było bardzo duże. W razie niepowodzenia miałem pozostać na wózku do końca życia. Nie wiedziałem co robić. Zabrano mnie do szpitala na badania. Przychodził tam pewien młody ksiądz i dwa razy w tygodniu rozdawał niektórym chorym komunię świętą. Uśmiechał się do mnie i kiedyś zapytał czy chciałbym przyjąć Jezusa w komunii świętej. Powiedziałem, że nie bo już zapomniałem co trzeba zrobić żeby przyjąć komunię. Tak naprawdę nie zależało mi na tym. Od mojej pierwszej komunii świętej nie pamiętałem kiedy byłem w kościele. Nie przejmowałem się zakazami Pana Boga. Żyłem po swojemu.
Nadchodził jednak dzień koniecznej operacji. Tamtego dnia na hollu spotkałem księdza. Jak zwykle uśmiechnął się do mnie i zapytał o samopoczucie. Powiedziałem jemu o czekającej mnie operacji.
- Będę się modlił za pana - powiedział ksiądz i dodał - Czy mogę to zrobić teraz?
- Teraz? - odpowiedziałem ze zdziwieniem. Tu na korytarzu?
- Tak, tu i teraz - spokojnie ale stanowczo powiedział ksiądz.
Byłem zdumiony, ale pomyślałem, że w tej sytuacji nie mam nic do stracenia. Mogę najwyżej zyskać. Rozejrzałem się dookoła po korytarzu. Byliśmy sami.
- No właściwie, jeżeli ksiądz chce ...
- Chcę - przerwał i od razu położył mi ręce na głowie. Modlił się szeptem, a potem półgłosem. Byłem w szoku. Stałem nieruchomo i czułem jak robiło mi się ciepło. Po chwili modlitwy ksiądz położył swoją rękę na moich plecach, na chorym miejscu. Nie wiem jak długo to trwało, ale gdy skończył nie potrafiłem nic więcej powiedzieć jak tylko:
- Dziękuję.
Ksiądz odszedł, a na pożegnanie powiedział
- Będzie dobrze.
Operacja odbyła się następnego dnia. Przed operacją po raz pierwszy po wielu latach pomodliłem się. Do końca nie wierzyłem, że tak naprawdę Bóg istnieje i może mi pomóc. Jednak gdzieś w sercu tliła się iskierka nadziei na udaną operację.
W kilka godzin po operacji obudziłem się i rozejrzałem się po pokoju żeby kogoś zapytać o wynik operacji.
- Jest lepiej niż się spodziewałem! Tak właściwie to jest cudownie - powiedział lekarz, który wszedł do pokoju.
- Cudownie? - zapytałem.
- Proszę pana to prawdziwy cud. Zdjęcia przed operacją pokazywały bardzo poważne zmiany chorobowe. Tymczasem gdy rozcięliśmy pana, okazało się, że guz udało usunąć się bez żadnego trudu. Jakby sam odszedł. Pierwszy raz coś takiego widziałem - dodał na końcu lekarz.
Leżąc jeszcze jakiś czas w szpitalu rozmyślałem o tym co się stało. Spotkanie z księdzem i ta cudowna operacja były początkiem mojej nowej drogi, drogi z Jezusem.
Tak Maćku, spotkałem Jezusa.
Maciek słuchał z wielką uwagą i chciał już pytać o szczegóły, ale ich spacer dobiegł końca. Byli przed domem z czego ucieszyła się mama Maćka.
- Teraz ja porywam tatę, a Maciek pójdzie po lody na deser - powiedziała mama.
Maciej uwielbiał lody i mógł iść po nie choćby na drugi koniec miasta. A do przejścia miał kawałek drogi ponieważ w święta większość sklepów była zamknięta. Droga po lody prowadziła obok kościoła. Nad głównym wejściem wisiało duże hasło "Jezus żyje".
- Jezus żyje - przeczytał Maciek, który oprócz lodów wciąż rozmyślał nad opowiadaniem taty.
Maciej uczęszczał na lekcje religii i dużo wiedział o Bogu ponieważ dobrze uczył się, ale opowiadanie taty było czymś innym. Było żywe, takie prawdziwe. Choć nie skończyli z tatą swych opowieści, Maciek wiedział co tata chciał jemu przekazać. To Jezus uzdrowił tatę. Snując te rozmyślania Maciek stał wpatrzony w hasło "Jezus żyje".
Starsza kobieta wyszła z kościoła nie zamykając za sobą drzwi.
- Muszę podziękować Jezusowi za uzdrowienie taty - pomyślał Maciek. Przecież On tu mieszka.
Wszedł do środka i uklęknął przed tabernakulum. W całym kościele było tylko kilka osób. Panowała cisza. Maciek wpatrywał się w tabernakulum jakby chciał zobaczyć tego żywego Jezusa. Klęczał tak jakiś czas i rozmyślał o Nim.
Nagle poderwał się jakby zbudzony ze snu.
- Gdzie ja jestem!? - zapytał głośno sam siebie. Klęczał nad brzegiem jakiegoś morza, a właściwie dużego jeziora. Był zachwycony pięknym krajobrazem, zupełnie innym niż wokół jego domu. Wiedział, że jest gdzieś daleko od domu, a mimo to czuł się bezpiecznie.
Zobaczył dwóch nadchodzących mężczyzn. Byli dziwnie ubrani, jakby z innej epoki. Gdy byli już blisko Maciej zagadnął.
- Przepraszam. Jestem Maciej. Tak właściwie to nie wiem gdzie jestem.
- To chyba nie jest teraz takie ważne - odpowiedział jeden z nich. Najważniejsze żeby On przyszedł - kontynuował.
- Kto? - zapytał zdziwiony Maciej.
- Mesjasz! - zgodnie odpowiedzieli mężczyźni po czym uśmiechnęli się do Maćka i przedstawili się.
- Jestem Andrzej, a to mój brat Piotr. Jesteśmy rybakami.
Maciek stał zdumiony i dopiero teraz zaczynał pojmować, że musiał cofnąć się w czasie.
- To wy jesteście Apostołami!? - zapytał Maciek.
- Nie. Źle nas zrozumiałeś. Jesteśmy rybakami - powiedział Piotr. Rozmawialiśmy właśnie z Andrzejem o obietnicach dotyczącym Mesjasza. Na pewno o nich słyszałeś.
- Tak słyszałem - odpowiedział Maciek i już chciał pochwalić się tym co słyszał na lekcjach religii o Mesjaszu, ale w oddali zauważył nadchodzącego mężczyznę. Maciek jakby od niechcenia wyszedł jemu naprzeciwko. Nadchodzący mężczyzna przystanął, spojrzał na Maćka i powiedział.
- Witaj, oto jestem.
- Jezusie, Ty naprawdę żyjesz?!
- Tak Maćku zawsze byłem, a teraz jestem z tobą. Jeżeli chcesz możemy teraz pójść razem.
- Chcę - odpowiedział Maciek.
Ruszyli brzegiem jeziora. Niedaleko stały łodzie rybackie, a w nich dwóch mężczyzn, Piotr i Andrzej, których przed chwilą poznał Maciek. Jezus zatrzymał się przy ich łodzi i powiedział.
- Pójdźcie za mną, a uczynię was rybakami ludzi.
Po tych słowach Jezus odszedł.
Maciek przez chwilę stał zdumiony. Wiedział, że według Ewangelii uczniowie poszli za Jezusem, i rzeczywiście jakby na komendę ruszyli za Nim.
Maciek nie wiedział co począć. Nagle przypomniał sobie o lodach, po które wyszedł. Być może w domu mama i tata martwią się, że tak długo nie wraca. Ale tutaj spotkał przecież Jezusa.
- Nie mogę tak sobie wrócić, miałem iść za Jezusem - pomyślał i od razu pobiegł w stronę, w którą odszedł Jezus z Apostołami.
Biegł i szedł na przemian drogą wśród pól i pastwisk, ale nie odnalazł Jezusa, Andrzeja i Piotra ani też nikogo nie spotkał. Maciej znalazł się na rozdrożu. Przed nim były dwie drogi. Jedna prowadziła w górę i była wąska, druga była szeroka, a na końcu tej drogi rysowały się kontury jakiegoś miasta.
- Pójdę tą drogą - pomyślał Maciej i ruszył czym prędzej w kierunku miasta.
Gdy tylko doszedł do miasta ogarnęło go wielkie zdumienie. Nagle rozpoznał swoje własne miasto. Najpierw ucieszył się, że jest w domu i w końcu kupi lody, na które czekają też mama z tatą. Na dużym parkingu obok supermarketu odbywał się właśnie wiosenny festyn. Gruby, kolorowo ubrany mężczyzna zachęcał do kupna losów w loterii fantowej. Odkąd udało się Maciejowi w ubiegłym roku wygrać w loterii rower, ilekroć tyko mógł zawsze musiał kupić choćby jeden los w napotkanej loterii.
- Tata dał mi 20 złotych. Wystarczy na lody i na dwa - trzy losy. Przecież mogę spróbować - pomyślał.
Los okazał się łaskawy. Maciej wygrał dużą czekoladę i małą lornetkę. Z lornetki bardzo się ucieszył bo marzył o kupnie takiej, a ta właśnie była jedną z najcenniejszych nagród w loterii.
- Ale mam dzisiaj szczęście - mówił sam do siebie i prędko pobiegł w górę miasta skąd rozpościerał się wspaniały widok na całą okolicę. Gdy tylko tam dotarł zaczął obserwację przez lornetkę. Był zachwycony jej walorami. Przez lornetkę widział dokładnie najdrobniejsze szczegóły w oddali. Jego uwagę wzbudziły dwie osoby wędrujące drogą w kierunku lasu za miastem.
- Zaraz zobaczę kto to jest.
Skierował lornetkę w stronę ludzi i ujrzał dziwnie ubranych mężczyzn.
- Nie do wiary. To przecież Piotr i Andrzej, Apostołowie, których spotkałem nad jeziorem.
Błyskawicznie ruszył w ich kierunku, w nadziei, że ich dogoni. Biegnąc myślał o tym co się dzisiaj wydarzyło. Jego obecność w ziemi świętej. Jak to się stało? Czy to było naprawdę? Nie znajdował odpowiedzi, ale tym szybciej biegł. Myślał, że jak dogoni Apostołów to wyjaśnią jemu o co tu chodzi, a co najważniejsze, zaprowadzą go do Jezusa.
Wbiegł na drogę, którą widział przez lornetkę. Na szczęście na końcu drogi ujrzał jeszcze Apostołów Piotra i Andrzeja.
- Poczekajcie ! krzyknął.
Apostołowie obejrzeli się i poczekali na Maćka.
- To ja Maciej. Spotkaliśmy się dzisiaj nad jeziorem. Był tam też Jezus! - tłumaczył głośno Maciek.
- Tak, pamiętamy - odpowiedział Piotr.
- Skąd się tu wzięliście? - pytał ze zdziwieniem Maciek.
- Idziemy do Jerozolimy.
- Ale jak, przecież jesteśmy w moim mieście. To inne czasy.
Apostołowie jakby nie słyszeli ostatniego zdania Maćka, bowiem doszli do miejsca, w którym droga rozwidlała się. Przystanęli. Maciek rozejrzał się dookoła. Ani śladu jego miasta, był naprawdę w innym miejscu, ale jakby już znajomym. Tak, jedna z dróg była szeroką drogą, która zaprowadziła wówczas Maćka z powrotem do jego miasta. Druga wyglądała na stromą i wąską.
- Chciałbym pójść teraz tą stromą drogą - powiedział Maciek do Apostołów.
- My zawsze chodzimy tą drogą. Tak nauczył nas Jezus - odrzekł Andrzej.
- Ale dlaczego? Ta droga jest gorsza.
- Nie jest gorsza, ale trudniejsza. Za to na końcu tej drogi na każdego czeka nagroda.
- Nagroda? Jaka nagroda? Pytał Maciek.
- Nagrodą jest spotkanie z Jezusem.
Ruszyli w górę krętą drogą. Po chwili Maciek zaczął marudzić. Nic dziwnego, bowiem cały dzień obfitował w różne nieoczekiwane przygody i był już nieco zmęczony. Jednak nadzieja na spotkanie z Jezusem dodawała jemu nowych sił. Gdy tylko pomyślał, że naprawdę może spotkać Jezusa, od razu stawał się mocniejszy. Na szczęście nie był sam na tej trudnej drodze. Apostołowie Piotr i Jan co chwilę chwytali Maćka ze rękę i podciągali w górę. Bardzo zmęczeni doszli na wzgórze, z którego rozpościerał się wspaniały widok na Jerozolimę. Maciek był tak zachwycony, że zapomniał o zmęczeniu. Apostołowie w milczeniu szli dalej.
- Czemu nic nie mówicie? Zapytał Maciek Apostołów.
- Rozmyślamy o tym wszystkim co tutaj wydarzyło się. Odpowiedział Apostoł Jan.
- To znaczy o czym?
- Widzisz to kolejne wzgórze u bram miasta - powiedział Apostoł Piotr i wskazał ręką na wzgórze, o którym mówił.
- Widzę - odpowiedział Maciek.
- Tam nasz Pan został ukrzyżowany - kontynuował Apostoł Piotr.
Maciek ze zdumienia aż przystanął. Trudno było jemu uwierzyć, że widzi to naprawdę. Jakby dopiero teraz zaczął zdawać sobie sprawę, że śmierć Jezusa na Golgocie miała miejsce naprawdę. Maciek zastanawiał się, czy do tej pory rzeczywiście wierzył w śmierć Jezusa, bo teraz wszystko wydawało się jemu nowe. Tak rozmyślając nie wiedział nawet kiedy doszli do bramy miasta. Maćkowi mocniej zabiło serce na myśl, że zaraz wejdzie do świętego miasta Jerozolimy. Rozejrzał się jeszcze dookoła na Apostołów, na ludzi wchodzących i wychodzących z miasta.
- To dziwne - pomyślał w duchu Maciek.
Wydawało się jemu, że część z tych ludzi ma znajomą twarz, jakby widział ich już wcześniej. Mimo iż byli w ubraniach z innej epoki, Maciek rozpoznał w przechodzącym obok człowieku właściciela sklepu z lodami z jego miasta! Czy to możliwe? Co on tutaj robi? Jak się tutaj dostał? Przynaglony ciekawością, Maciek chciał już zapytać owego pana, czy rozpoznaje go, ale Apostoł Piotr chwycił rękę Maćka i wciągnął go do miasta. Maciek jednak ciągle oglądał się za właścicielem sklepu z lodami, tak długo, aż poczuł, że mocna ręka Apostoła puściła go. Wówczas jakby ocknął się i ...
Po raz kolejny dzisiaj nie mógł uwierzyć własnym oczom. Stał na środku kościoła, do którego wszedł w swoim mieście i oglądał się w kierunku drzwi wyjściowych. Znowu był u siebie, w swoim mieście i w swoim czasie.
- Jestem tutaj. Odwróć się.
Maciek usłyszał delikatny, ciepły głos płynący od ołtarza. Odwrócił się, ale nikogo nie zauważył.
- Halo, proszę księdza - nieśmiało wyjąknął Maciek, sądząc, że był to głos księdza proboszcza.
Nikt jednak nie odpowiadał. Stał dalej nieruchomo i rozmyślał nad tym co wydarzyło się. Może to był tylko sen, myślał. Ale przecież naprawdę widział Jezusa nad jeziorem i rozmawiał z Apostołami. Żałował, że ten sen nie trwa dalej, bo tak bardzo chciał spotkać Jezusa w Jerozolimie. Po dłuższej chwili usiadł w ławce i zaczął sobie przypominać to wszystko co wiedział o wydarzeniach w Jerozolimie. Pierwszym przypomnianym faktem było ukrzyżowanie Jezusa. Teraz ten fakt był jeszcze bardziej żywy, jakby nowy po tym czego doświadczył. Ale co było potem? Przecież na ukrzyżowaniu skończyła się ziemska historia Jezusa. Ależ nie! Nagle powiedział sam do siebie. Przecież po ukrzyżowaniu Jezus zmartwychwstał! Ukazywał się swoim Apostołom, a potem wstąpił do nieba. Ciekawe, czy gdybym został w Jerozolimie dłużej, to zobaczyłbym Jezusa? Może Jego już tam nie było. Może było po wniebowstąpieniu? Pewnie tak, bo Apostoł Piotr pokazał mi przecież Golgotę, miejsce ukrzyżowania Jezusa. Chyba było już po wszystkich wydarzeniach w Jerozolimie. Szkoda, tak bardzo chciałem zobaczyć Jezusa - mówił sam do siebie.
- Jestem tutaj, odwróć się.
Maciek po raz drugi usłyszał te same słowa. No właśnie, gdzie jest ten ksiądz, który to mówi? Czyj to głos? Maciek zaczął z uwagą wpatrywać się w ołtarz, z kierunku którego dochodził tajemniczy głos. Przypomniał sobie poranną Mszę św. rezurekcyjną. Ksiądz mówił, aby Boga czcić duchem i prawdą. I zaraz przypomniał sobie jak ksiądz tłumaczył co to oznacza. Mówił, że nie musimy zobaczyć Jezusa oczami, że nie to jest najważniejsze. Oczami widzieli Jezusa Apostołowie jak Piotr i Jan.
- To nie do wiary - mówił sam do siebie.
Maciek uświadomił sobie w tym momencie, że ksiądz na kazaniu wymienił właśnie Apostołów Piotra i Jana i mówił o tym, jak ważne jest to, aby poznać Jezusa sercem. Tak, to było najważniejsze w kazaniu. Zobaczyć Jezusa sercem.
- Oto jestem.
Maciek znowu usłyszał tajemniczy głos. Ale tym razem choć słyszał go na własne uszy, dochodził on jakby i od ołtarza, a jednocześnie jakby czuł ten głos w sobie. Czy można "czuć" głos w sobie. Maciek rozmyślał nad owym tajemniczym głosem. Tak, czuję ten głos w sercu i słyszę, że wychodzi też od ołtarza.
- Panie Jezu, czy Ty tutaj jesteś? Maciek niepewnym głosem, półszeptem wypowiedział te słowa wpatrując się w tabernakulum.
- Jestem.
Maciek doznał niezwykłego zachwytu. Było to jakieś wewnętrzne uniesienie, które napełniło go wielką radością. Tyle razy przychodził do tego kościoła, ale jakby dopiero teraz rozpoznał obecność Jezusa. Wszystkie jego myśli, uczucia, zajęte były Jezusem. To tak jakby niespodziewanie spotkał kogoś bardzo wyjątkowego i nie posiadał się ze szczęścia. Ale to spotkanie z Jezusem było czymś więcej. Przecież Maciek oczami widział tylko ołtarz w kościele, tabernakulum, ale jego serce zajęte było całkowicie Jezusem. Chciał tyle powiedzieć Jezusowi, o tyle rzeczy zapytać, ale milczał w zachwycie. Miał przekonanie, że Jezus już zna jego pytania, wątpliwości, a bycie z Jezusem wystarcza mu za wszystko.
- Chłopcze, chłopcze. Kolego!
Maciek nagle usłyszał mocny głos z tyłu i poczuł na ramieniu rękę księdza proboszcza.
- O tak, przepraszam, wyjąknął Maciek, jakby wyrwany ze snu i zdziwiony obecnością księdza proboszcza.
- Nie przepraszaj. Długo już nie widziałem, aby któryś z chłopców tak gorliwie sam się modlił w kościele. Jestem tutaj już od dziesięciu minut, a ty Maćku cały czas modliłeś się. To ja przepraszam, że przerwałem tobie modlitwę, ale muszę już zamknąć kościół.
- Tak, już wychodzę. Ale czy naprawdę modliłem się tak długo.
Maćkowi spotkanie z Jezusem wydawało się tylko chwilą.
- Tak, dosyć długo, ale to dobrze - odpowiedział ksiądz.
- Proszę księdza. Chciałbym jeszcze o coś zapytać - powiedział Maciek.
- Słucham.
- Może to głupie pytanie, ale czy, ... czy, ksiądz widzi Jezusa w tym kościele, no nie tak oczami, ale tak ...., właściwie czy ksiądz spotyka Jego tutaj.
- Maćku. Spotykam naszego Pana Jezusa tutaj, za tym ołtarzem, codziennie i wierz mi, że Jezus jest tutaj naprawdę.
- Tak wiem, już wszystko rozumiem - odpowiedział Maciej.
- Cieszę się, że tego doświadczyłeś - powiedział ksiądz proboszcz i wyciągnął rękę na pożegnanie.
Po wyjściu z kościoła Maciej w końcu kupił lody i szybko pobiegł do domu.
- Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale ... - zaczął usprawiedliwiać się.
- Nic nie szkodzi. Ważne, że przyniosłeś do domu lody - odpowiedział tata.
Mama szybko przygotowała trzy duże porcje lodów z polewą czekoladową i bakaliami i podała je w pięknych mini pucharach.
- Wyjątkowo dobre lody - powiedział tata.
- To jest wyjątkowy dzień, bo przyjechałeś na święta do domu - odpowiedziała mama.
Maciej przysłuchiwał się temu dialogowi i powiedział.
- To jest wyjątkowy dzień bo Jezus zmartwychwstał.
Mama z tatą spojrzeli na Maćka po czym przysiedli się do niego z obu stron. Maciej obejrzał się, a właściwie czule spojrzał w oczy, najpierw mamy potem taty, odstawił puchar z lodami na stoliku i objął rodziców.
Tak, to wyjątkowy dzień, pomyślał. Był bardzo szczęśliwy.
- To wszystko dzięki Jezusowi - powiedział jakby sam do siebie.
To Jezus uzdrowił tatę, a tata opowiedział mi o tym i dzięki temu spotkałem dzisiaj Jezusa. Przypomniał sobie jeszcze usłyszane zdanie, że niebo to wieczne szczęście i znowu powiedział jakby sam do siebie.
- Skoro tak, to u nas w domu jest początek nieba.


Piotr Łaga


Powrót              Serce z kamienia